9. Peru

AREQUIPA

Przeprawa z San Pedro de Atakama do Arequipa zajela nam sporo czasu. Cala noc jechalismy do Arica, skad przesiedlismy sie w collectivo (czyli taka taksowke dla turystow), ktora przejechalismy granice z Peru i dojechalismy do Tacna. Warto wspomniec, ze od San Pedro az do Tacna, za oknem widac non-stop pustnie, dosc monotonny krajobraz. W Tacna, taksowkarz kupil nam bilety  na lokalny autobus do Arequipa (oczywiscie my zaplacilismy za to w Chile 3 razy wiecej…zmeczenie przycmilo nam trzezwe myslenie nad ranem i zamist samemu zalatwic sobie collectivo i potem autobus, dalismy sie namowic na zakupienie biletu u przewoznika), na ktory musielismy jeszcze poczekac na dworcu poltorej godziny. W tym czasie, zaprzyjaznilismy sie z naszym kompanem podrozy, Chrisem z Niemiec. Chris podrozuje juz od 12 miesiecy po swiecie i byl w wielu niesamowitych miejsach. Jest z zawodu stolarzem, wiec udalo mu sie w kilku miejscach po drodze, jak na przyklad na Filipiniach czy w Brazylii dorabic sobie na dalsze podrozowanie. Z poczatku nie wydawal nam sie zbyt mily i rozmowny, ale po kilka godzinach byl juz naszym dobrym kolegaJ Ostatni odcinek z Tacna do Arequipa byl dosc meczacy, ze wzgledu na upal i brak klimatyzacji z autokarze, ale w sumie po Azji powinnibysmy byli byc przyzwyczajeni do takich warunkow, ale … po calej nocy w autokarze..potem przesiadki i kolejny autokar.meczace…

Uff, w koncu dotarlismy…Arequipa-biale miasto, ktore obcenie jest bardziej kolorowe niz biale,jest jednym z bardziej rozwinietych i nowoczesnych miast w Peru. W centrum znajduje sie historyczne Plaza de Armas z przepiekna katedra i zacieniami pod ktorymi znajduja sie liczne bary i restauracje. Ulice sa kolorowe od niezwykle barwnych peruwianskich towarow oraz ulicznych sprzedawcow z roznego rodzaju produktami. Zaradnosc Peruwianczykow jest godna pochwaly. Malo tu na ulicach zebrzacych.  Ludzie radza sobie jak moga. Od rano na lawczkach na Plaza de Armas, rozstawiaja sie panowie z maszynami do pisanie, by sluzyc tym, ktorzy potrzebuja jakis list urzedowy, panowie czyscibuty, panie z domowymi, drozdzowymi wypiekami lub galaretkami, ktore Peruwianczycy uwielbiaja.

W niedziele wydaje sie, ze pol miasta schodzi sie na Plaza de Armas, gdzie odpoczywaja, rozmawiaja lub karmia golebie.

Choc sciany wielu budynkow zostaly przemalowane na kolorowo, to nadal wiele ulic jest wybrukowanych bialm kamieniem, co nadaje miastu niezwykly charakter. Arequipa jest tez miastem zabytkowych, pieknych kosciolow, do ktorych naprawde warto zajrzec, by moc podziwiac niezwykly kunszt sztuki architektonicznej i artystycznej. Na pewno warto wybrac sie do klastoru Swietej Katarzyny. Obiekt ten zajmuje pol miasta i jest nazywany miastem w miescie. Zostal wybudowany przy pomocy pewnej bogatej wdowy, ktora pobierala wysokie oplaty od dam z wyzszych sfer za wstapienie do zakonu, za co ona w zamian oferowala mlodym kandydatkom wygodne warunki. Kazda zakonnica miala swoja sypialnie, stol z krzeselkami do przyjmowania gosci, kuchenke i przynajmniej dwie osoby do sluzby. Taki schemat zmienil sie, gdy wiesci dotarly do Papieza, ktory nakazal zwolnic sluzbe i zmienic zasady przyjmowania siostr. Klasztor stal sie po czesci szkola katolicka dla dziewczat, ktore zasiedlily niektore z domostw siostr. Jedna z takich dziewczat byla siostra Ana, ktora po zakonczeniu szkoly, pozostala w zakonie. Siostra ta byla osoba niezwyklej poboznosci i zostala wyswiecona kilkanascie lat temu przez Jana Pawla II. Dzis mozna zobaczyc malutka, skromna cele, w ktorej mieszkala z kuchenka oraz kaplica gdzie sie modilia.  Obecnie wiekszosc budynku stanowi muzeum, a tylko bardzo niewielka czesc pozostala klasztorem. Klasztor jest niezwyklym przykladem rozwoju mysli architektonicznej. Kazda czesc wykonczona jest w innym stylu. Sam obiekt jest tak duzy, ze potrzebne sa przynajmneij 2-3 godziny by obejsc klasztor-miasto. Spacerujac uliczkami Santa Cataliina, mozna mysla przeniesc sie do odleglych czasow, w ktorych zyly siostry, dzieki idealnej rekonstrukcji domostw siostr i niezwyklej atmosferze jaka jest w klasztorze. Wejscie kosztuje 30 soli (okolo 40 zlotych), wiec jak na Peru dosc duzo, ale naprwde warto tam wstapic na dluzsza chwile.

Mamy szczescie do wydarzen gdziekolwiek sie pojawimy, bo akurat przyjechalismy do Arequipa w trakcie wyborow prezydenckich, wiec od poludnie ulice wypelnily sie manifestantami z flagami. Zrobilo sie nagle bardzo glosno od pohukujacych przez glosniki hasel oraz piesni patriotycznych.

W ostatniej turze wyborow kandydowali: Peruwianka japonskiego pochodzenia Keiko (prawica-wczesniej jej ojciec byl Prezydentem, lecz zostal usuniety ze stanowiska, ze wzgledu na naduzycia i korpucje) oraz byly wojskowy Ollanta (centro-lewica).

Pod wieczor, po ogloszeniu przedwstepnych wynikow (zwyciezal Ollanta-faworyt Arequipy), juz zaczelo rozstawiac stoly, pokrywajac je roznymi smakolykami a na ulice wytoczyly sie wozki z jedzeniem. Peruwianczycy uwielbiaja dobrze zjesc, wiec kazda okazja jest dobra na fieste. Po ogloszeniu wynikow, na placu glownym ogarnelo ludnosc totalne szalenstwo.  Przeszly tysiace ludzi z flagami, poplynely piesni,  wystrzelono kilka petard, ludzie swietowali.

Wracajac do tematu jedzenia, to wlasnie w Arequipa pierwszy raz sprobowalismy danie ala Ceviche, czyli marynowane. Peruwianczycy uwielbiaja marynowac mieso, ryby, dary morza. Najczesciej w barach-cevicheriach, marynowane danie podawane sa na zimno, jednak w lepszych restauracjach, mozna tez dostac marynowane mieso (ze zwierzecia czy ryby) na cieplo. Bardzo, bardzo dobre! Arequipa slynie tez z dan ze swinki morskiej, ale nie dalismy sie skupic. Za to sprobowalismy mieso z alpaki, ktore jest delikatne, kruche i chude. U mnie numerem jeden sa zupy kremy z warzyw (szpinak, dynia, aszparagus) posypane ostrym serem-mniam! Pycha!

Wieczorami rozstawiaja sie stragany z popcornem, goraca kukurydza podawana z maslem, szaszlykami z miesa alpaki z pieczonym ziemniakiem na czubku (ulubione danie Marcina, ktory na raz potrafil zjesc 5 lub 6 szaszlykow), empanadami, saltanami (pierozki pieczone lub smazone z farszem z ziemniaka i warzyw, czasem miesem)  czy na slodko-churros (smazone ciasto, cos jak na racuchy, tyle ze w postaci podluznych paluchow).

W porze popoludniowej, zwykle zestawy dwu, trzy daniowe sa dosc tanie, ok 7 zlotych. W barze lokalnym, wowczas zwykle serwuja zupe (cos jak nasz krupnik), drugie danie to najczesciej; mieso pieczone, badz smazone z ryzem lub frytkami, lomo a la pobre, czyli mieso z frytkami, cebula, i jajkiem-wszystko razem zasmazane, wszechobecne kurczaki z grila z suroweczka, lub rybka smazona z ryzem, suroweczka i fasolka. W wersji wegetarianskiej mozna dostac arroz chaufa z soja, czyli ryz zasmazane z groszkiem, marchewka i soja lub tortille de verduras, czyli omleta z warzywami. Jest jeszcze popularne danie nazywane tallarin con pollo, czyli makaron zasmazany z kurczakiem, groszkiem i jakims dodatkiem. Do tego deser w postaci owocow, lub pastel del choclo (ulubione ciasto Peruwianczykow), czyli ciasto z kukurydza, ewentualnie ciasteczko z dulce con leche, czyli karmelem (bardzo bardzo popularne nadzienie slodkosci wszelakich w Chile, Peru i Argentynie). Plus na koniec, kompocik (taki dokladnie jak dawniej robily nasze babcie).

Rozpisalam sie o jedzenie, ale my lubimy sie delektowac lokalnymi przysmakami i uwazamy ze kuchnia to czesc kultury, wiec warto poswiecic  troche miejsca kulinariom. To co nas zaskoczylo, to fakt, ze Peruwianczycy wszystko lacza razem, jak mieso z frytkami i z cebula to zasmaza i wymieszaja wszystko razem, jak na sniadanie kanapka z szynka i jajo sadzone, to jajo wsadza do kanapki, jak jogurt i salatka owocowa, to salatka oczywiscie laduje w jogurcie, nie osobno, gdy poprosi sie o frytki do hamburgera, to upchna je do kanapki, generalnie o jakiekolwiek sie dodatki poprosi, to nic nie przychodzi jako przystawka, lecz „upychane„ jest do dania glownego.  

Poswietowalismy sobie z lokalnymi w Arequipa po peruwiansku i przy okazji odpoczelismy w naszych hostelu Los Andes az 4 dni (hostel przyjemny, choc w porze zimowej-w ktorej my zwiedzamy Ameryke Pld-dosc zimny), w tym jeden dzien odpoczywalam sama, bo Marcin pojechal na Canyon Colca, gdzie ja ze wzgledu na problemy z serduchem,  nie pojechalam.

Z Marcina relacji, Canyon Colca jest niezwykle pieknym miejscem, gdzie mozna zobaczyc jak majestatyczne kondory nurkuja wglab kanionu. Do canyonu wjezdza sie przez miasto Chivay, gdzie ludnosc lokalna nadal nosi ludowe, kolorowe stroje, a samo miasto slynie z uroczego, bialego kosciolka oraz barwnego, niedrogiego rynku z artesanias, czyli lokalnymi wyrobami. Wyprawa do Chilvay to nie lada atrakcja, ktore niestety mnie ominelaL

Ostatniego dnia w Arequipa,  skorzystalismy jeszcze oboje z uslug lokalnego fryzjera w centrum by odswiezyc czuprynki (mocno nadniszczone roznej jakosci woda i sloncem) i a nastepnie wsiedlismy w nocny autobus firmy Cruz del Sur (autobus uznawany tutaj za luksusowy, ze wzgledu na serwis na pokladzie i wygode foteli). Ten super wygodny autokar dowiozl nas przez wysokie gory (jedzie sie przez wysokosc do 4900m n.p.m) do Cuzco-najstarszego miasta w Peru i jednego z najstarszych stale zamieszkiwanych miast w Ameryce Poludniowej.

Cusco jest miejscowoscia usytuowana na wysokosci prawie 3400 npm, w Andach. Cusco stanowilo dawniej stolice impreium Inkow I a dzis jest historyczna stolica Peru.  W latach 80tych zostalo ogloszone miejscem dziedzictwa narodowego Unesco .

 Miasto rozkwitlo za czasow panowania wodza Inkow-Pachuteca, ktorego pomniki mozna znalezc w roznych czesciach miasta. Pachutec podbil obecne tereny polnocnego Peru oraz czesc poludnie. Nastepnie jego syn, rozszerzyl jeszcze krolestwo Inkow podbijajace kolejne ziemie na poludnie oraz ziemie na polnoc az po Quitor Ekwadoru. Kolejny potomek spotkal sie z kolonizatorami hiszpanskimi i ze wzgledu slabnace zdrowie, przed smiercia podzielil ziemie miedzy swoich dwoch synow. Synowie nie chcieli dzielic sie wladza, wiec zaczeli bratobojcza walke, ktora wykorzystali Hiszpanie by wejsc do Peru i podbic tutejsze ziemie. Obaj bracia zgineli, a zorganizowane pozniej przez  trzeciego syna-Maniego (z nieprawego loza) powstanie, zakonczylo sie fiaskiem i ucieczka Maniego w glab dzungli. Kolonizatorzy zniszczyli wiekszosc wspanialych budowli wzniesionych przez Inkow, ograbiajac je wczesniej z drogocennych kamieni i zlota. Na ich miejscu, wzniesli kolonialne budowle i koscioly katolickie.

Mimo wszystko, w Cusco nadal mozna znalezc kilka budowli pamietajacych czasy panowania Inkow. Na placu glownym, Plaza de Armas, znajduje sie ogromna katedra katolicka a obok okazala inkaska swiatynia boga Slonca. Niedaleko od placu, znajduje sie glowna ulica w miescie-Avenida del Sol (Aleja Slonca), ktora jest tez glowna ulica handlowa i ulica, gdzie odbywaja sie fiesty.Mielismy szczescie trafic na czas swietowania, bo caly czerwiec odbywaja sie parady, ktore spaceruja cala Avenida del Sol az do Plaza de Armas. Ludzie ubrani w przepiekne, tradycyjne stroje tancza do melodii wygrywanej przez fujarki i bebny.  Nie moglismy sie napatrzec na te uliczne przedstawienia.

Pogoda w Cusco nam sprzyjala. Rankiem i wieczorami jest chlodno, ale w poludnie jest naprawde cieplo, wiec ponownie moglismy poczuc jakie to cudowne uczucie spacerowac bez bluz i kurtek. Cusco to miasto niezwykle. Naczytalismy sie wczesniej, ze naciagacze nie daja spokoju turystom a ceny sa astronomiczne. Nasze doswiadczenia byly takie, ze ludzie sa generalnie bardzo mili i wystarczy raz grzecznie odmowic, by odeszli i nie meczyli propozycjami zakupu czy prosba o pieniazki. Ceny faktycznie sa wygorwane w samym centrum, ale wystarczy troche odejsc, by znalezc bary, gdzie mozna zjesc obiad z dwoch dan za 6 soli (okolo 7zl). Podobnie sytuacja wyglada z noclegiem.

Nam udalo sie znalezc dosc przyjemny i tani nocleg na pierwsza noc, lecz nie bylo cieplej wody, wiec drugiego dnia przenieslismy sie do hostelu Qorikilla, nowiutkiego hostelu, gdzie wytargowalismy cene prawie jak za dobry dorm wieloosobowy, za pokoj z bajecznym widokiem na centrum miasta. Niedaleko od hotelu znalezlismy tez super bar, gdzie przemila pani podawala przepyszne i swieze dania w dobrej cenie.czyli jednym slowem bylo wszystko czego potrzebowalismuyJ

Bardzo przyjemnie jest przejsc sie starym miastem, ktore zostalo wybudowane przez Inkow na ksztalt jaguara. Pospacerowac od Placa de Armas do kolejnego placu z pieknym lukiem i klasztorem franciszkanow. Idac dalej prosto, dochodzi sie do rynku, gdzie mozna kupic wszystko-od pamiatek, przez swieze pieczywo, mieso, warzywa, owoce konczac na mini jadlodajniach, gdzie serwuja swieze zupki, mieso z ryzem, ceviche a na deser smazone ciasteczka (cos jak nasze racuszki).

Skusilismy sie na swieze ceviche z darow morza ()jak wczesniej pisalam ceviche to dania przygotowywane z surowych produktow i marynowane z czosnkiem, pietruszka i sosem z cytryny-bardzo bardzo smaczne) i na peruwianskie racuszki. Dosiedlismy sie do pan siedzacych przy rondelku wypelnionym goracym olejem. Panie okazaly sie bardzo chetne do rozmowy i zaraz zaczely nas zagadywac, skad jestesmy, jak dlugo, itd. Polecily nam zobaczenie miejsca, ktore wedlug lokalnych jest miejscem swietym, gdzie nadal dzieja sie cuda. Bardzo milo bylo pogawedzic podczas wspolnego zajadania sie tlustymi przysmakami. Peruwianczycy generalnie sa bardzo otwarci i lubia sobie porozmawiac jak tylko nadarzy sie ku temu okazja. Poza rynkiem, na innych ulicach bez trudu mozna znalezc stragany sprzedajace empanady, saltanie (pierozki z warzywami), jablka z czerwonym lukrze  i inne cuda. Jednym slowem na ulicy mozna sie dobrze najesc za niewysoka cene.

Bardzo milo spedzilismy 3 dni w pieknym, slonecznym Cuzco zanim wyruszylismy w droge do Macchu Picchu.

Jest kilka mozliwosci zeby dotrzec na Macchu Picchu. Mozna wziasc bezposrednia kolej z Cusco (najdorzsza opcja), moze dojechac collectivo (malym busikiem) przez gory do Ollaytaytambo i tam poczekac na kolej do Aquas Calientes (troche tansza i ta opcje wybralismy), albo mozna sie wloczyc naokolo z Ollaytaytambo do Santa Maria, potem taksowka do Santa TEresa i stamtad 10-15km na pieszo noca, zeby rano juz byc pod brama wejsciowa MAcchu PIcchu (opcja najtansza i najbardziej wymagajaca).

My dojechalismy sobie okolo poludnia do Ollaytaytambo collectivo, z szalonym kierowca, ktory jechal jak pirat drogowy po gorach hamujac jedynie recznym hamulcem. Po drodze mielismy okazje podziwiac niesamowite widoki na czesciowo osniezone szczyty Andow. W Ollaytaytambo, podobnie jak w Urubamba, ktora mijalismy-fiesta. Caly region obchodzi swieto Jezusa patrona regionu.

Cale wioski wyszly na glowna ulice w barwnych strojach. Grali, tanczyli i jedli, bo jedzenie w Peru jest bardzo wazne. Gdzie tylko jest wieksze skupisko ludzi, zaraz rozstawiaja sie stoliki z jedzonkiem. Do wyboru do koloru: empanady, saltanie (pieczone pierozki z farszem), kurczaki, alpaka badz rybka  z grilla i ziemniaki z ogniska.

Marcin zatrzymal sie przy grillu z rybka i ognisku. W ekspresowym tempie dostal swieza upieczona rybke z ziemniaczkami:

-czym mam to jesc?

-rekoma! padla odpowiedz

Poszlismy na pobliski rynek, w nadzieji znalezienia  stolika i moze jakiegos widelca. Wypozyczylismy widelek i Marcin w towarzystwie psa, ktory nie chcial go na krok odstapic uraczyl swoj zoladek smakowita rybka z ziemniakami (ma niezla fote z tego wyjatkowego wydarzeniaJ

Po posilku przeszlismy sie po miasteczku, bardzo nieduzym, ale urokliwym. Ollaytaytambo jest miastem pamietajacych czasy swietnosci Inkow. Na otaczajacych je wzgorzach, nadal widac wyniosle ruiny dawnego miasta. W centrum miasta, znajduje sie Plaza de Armas (kazde miasto czy miasteczko a Peru ma swoje Plaza de Armas) wokol ktorego znajduja sie bary,sklepiki i restauracje. Od placu odchodza waskie, brukowe uliczki, w ktorych kryja sie kolejne sklepy i restauracje. Pokrecilismy sie tu i tam a okolo 21 bylismy juz na dworcu kolejowym. Kolejka do pociagu byla kilometrowa. Kontrolerzy bardzo skrzetnie sprawdzali kazda osobe, takze nie ma szans by wcisnac sie do pociagu “na gape”.

Kazdy ma przyporzadkowane miejsce. Cala podroz trwa poltorej godziny, w trakcie ktorej dostaje sie malego snacka w postaci paluszkow i cukiereczkow, badz suszonych owocow i orzeszkow i do tego herbatka, kawka, lub napoj. Niezle!:) ajjj, mowiac o napojach, w Peru dosc cieko dostac czarna herbate. Najczesciej pronowana jest herbatka z koki, rumianku, anyzu lub gozdzikowo-cynamonowa. Absolutnie nie doradzamy prosic o te negra (doslownie herbata czarna), bo wowczas dostanie sie kawe (takie mielismy doswiadczenie w jednym z barow). Jesli juz mamy szczescie trafic do miejsca, gdzie maja zwykla herbate, nalezy poprosic o te puro (herbata czysta), wowczas mozemy byc pewni, ze dostaniemy to, o co prosimy.

Aquas Calientes jest przepieknie usytuowane posrod wysokich szczytow nad rzeka. Ulokowalismy sie w hostelu Supertramp (dobra cena za dobra jakosc plus snack na przywitanie i sniadanie o 4 nad ranem).

Dokladnie pobudka byla o 3:20, bysmy zdazyli zjesc sniadanie i ustawic sie w dwoch kolejkach-po bilety na Macchu Picchu i po bilety na busa. I jedna kolekja i druga byly juz o 4:15 bardzo dlugie. Czekalismy osobno: ja w jednej, MArcin w drugiej do ok 5:20 rano. Wiele osob przed nami mialo juz zakupione wczesniej bilety na Machu Picchu, wiec praktycznie pozegnalismy sie z mozliwoscia wejscia na szczyt Wayna Picchu, gdzie wpuszczali tylko pierwsze 200 osob o 7 rano i kolejne 200 o 10.Gdy dotarlismy na Machu Picchu, bylismy na koncu dlugiej kolejki. Mielismy jedynie cicha, choc nikla nadzieje, ze moze jeszcze sie uda na 10. Rozczarowanie na naszych twarzach chyba jednak nie bylo az tak widoczne jak na twarzach parki, ktora wyruszyla wczesnie rano na pieszo pod gore z Aquas Calientes, by dotrzec zanim ustawi sie kolejka a dotarli…zaraz po nas. Gdy dochodzilismy do straznikow, minute wczesniej zminili stemple. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu dostalismy stempelki na Wayna Picchu na 7 rano! Bylismy przeszczesliwi i bardzo zaskoczeni, gdy za chwile okazalo sie, ze nasi znajomi, ktorzy stali duzo przed nami dostali stemple na godzine 10. Chyba staznicy zrobili sobie maly zart i postanowili tym na koncu dac szanse wspinaczki wczsenie rano zanim slonce zacznie grzac na dobre. U bramy bylismy juz 6:30 i o 7 rano zaczelismy nasza wspinaczke. Sami bylismy zaskoczeni nasza kondycja. Wyprzedzilismy wszystkie osoby przed nami i odstawilismy na kilka dobrych metrow.

Podejscie na Wayna Pichcu naprawde nie nalezy do latwych. Im wyzej, tym gora staje sie bardzo stroma, schodki coraz wezsze i mniejsze i przy samym szczycie nie ma juz nawet metalowych poreczy czy liny, ktora mozna sie asekurowac, mimo ze ponizej ogromna przepasc. Podchodzac pod gore nie widzielismy duzo, ze wzgledu na gesty plaszcz chmur ponizej.

Pod szczytem trzeba przecisnac sie przez waska szczeline skalna do ktorej prowadza miniaturowe schodki. Inkowie zapewne byli duzo nizsi od nasJ) Myslelismy ze bedziemy pierwszymi ktorzy zdobeda szczyt Wayna tego dnia, ale na samej gorze okazalo sie, ze chwile przed nami wszedl chlopak, ktory wyruszyl sporo wczesniej. Nie mniej jednak i tak bylismy z siebie zadowoleni, bo moglismy zajac najlepsze miejsce widokowe na stromym szczycie i w ciszy i spokoju czekac az chmury powoli rozejda sie i ukazaza nam nieziemski widok. Biale obloki robily sie coraz rzadsze odkrywajac zielone szczyty gor ponizej i wokol nas a po drugiej stronie, widok na cale Macchu Picchu i otaczajace je gory. Niesamowite!!!!

Tego spektaklu nie da sie opisac. To warto przezyc! Jedno z pieknieszych miejsc w jakich bylismy w naszym zyciu.

Zejscie jest chyba jeszcze bardziej strome niz podejscie i wiekszosc osob zjezdza w dol po waziutkich schodkach “na pupie”.Zaraz pod szczytem, znajduja sie wiekowe ruiny swiatyni ksiezyca-rowniez niezwykle ciekawe miesjce. Gdy schodzilismy, slonce grzalo tak mocno, ze cieszylismy sie, ze udalo nam sie wejsc o 7 rano, ze wzgledu na przyjemny chlod w trakcie wspinaczki oraz niesamowity spektakl, jaki przedstawila nam natura o swicie.

Ruiny Machu Picchu pelne sa turystow miedzy 9-12, wiec postanowilismy przeczekac chwile i wykorzystac ten czas na odpoczynek w super malowniczym miejscu.

Na Machu Picchu nie brakuje przepieknych miejsc, gdzie mozna przysiasc i odpoczac delektujac sie niewiarygnodymi widokami na majestatyczne gory. Po odpoczynku i lunchu (mielismy swoje kanapki na szczescie, bo jedzenie w barze czy w restauracji na Macchu picchu jest 5 razy drozsze niz w innych miejscach), ktory nalezy zjesc poza murami Machu Picchu, przylaczylismy sie do grupy z przewodnikiem, by dowiedziec sie czegos wiecej o magicznym miejscu jakim jest Macchu Picchu  Wlasciwie do konca nie zostalo potwierdzone kiedy Inkowie opuscili ruiny miasta, ale istnieje hipoteza, ze mieszkancy Macchu Picchu uciekli w glab dzungli, gdy Hiszpanie dotarli do Ollaytaytambo. Macchu Picchu uznwane jest za jedno z najbardziej kompletnych miast swojej epoki. Posiadalo nowoczesny system irygacyjny i wodociag. Swiatynie maja ciekawy system naglasniajacy a palac krolewski prywanta toalete. Macchu Picchu bylo siedziba inteligencji i duchowienstwa. Bylo to miejsce rozwoju mysli architektonicznej oraz centrum obserwacji astrologicznej. Wiele elementow budowli zostala zaplanowana zgodnie z ukladem gwiazd lub usytuowaniem slonca w roznych porach dnia czy roku, np. Dzien kiedy najdluzej swieci slonce to 21 czerwca. Tego dnia, Inkowie obchodzili wielkie swieto slonca i wlasnie tego dnia,  ustyuowna na srodku swiatyni figura skalna tworzyla  idealny cien lamy (czyli ofiary skladanej bogowi slonca). Jednak, to co najbardziej do dzis zadziwia sposob budowania, kamien przy kamieniu bardzo precyzyjnie wyciete (co do milimetra, trudno miedzy dwa bloki sklane wcisnac byloby igle). Budowle wznoszone bez uzycia cementu przetrwaly niejedno trzesienie ziemii bez wielkich zmian. Przewodniczka tlumaczyla, ze istnieje tez teoria, ze kamienie byly dobierne na zasadzie magnetycznego przyciaganie, ktore zastepowalo substancje wiazaca. To co nas tez zadziwilo, to w jaki sposob Inkowie juz w XII wieku przeniesli tak ogromne glazy skalne na szczyt tak stromej i wysokiej gory (Macchu Picchu usytuowane jest okolo 2400m.n.p.m) porosnietej bujna i gesta roslinnoscia.  Macchu Picchu prawdopodobnie zamieszkiwal wladca Inkow z zonami (jedna byla oficjalna i dla niej byla siedziba w palacu, nieoficjalne zony mieszkaly w drugiej czesci miasta), kaplani, naukowcy oraz ludnosc, ktora stanowila sluzbe moznych.

Dzis zapewne oburzylyby sie faministki na fakt, ze jedynie kobiety byly skladane w ofierze bogu slonca (ktore wg inkow jest rodzaju meskiego), bogowi ksiezyca (ktory jest rodzaju zenskiego) skladano w ofierze lame rodzaju meskiego, nie mezczyzna.

Zanim ofiare zabito, pojona ja napojem z koki, ktory posiada silne wlasciwosci anestetyczne, oraz napojem z trujacych lisci, ktore wraz z lisciami koki wprowadzaly ofiare w stan transu. Ubierano ja w odswietne stroje, zdobiono i wynoszono na wysoka gore, gdzie skladano ja w ofierze.  Dziewczyna musiala byc dobrze wykarmiona i miec typowe nikaskie rysy twarzy.

Machu Picchu jest tak atrakcyjne, ze nam 11 godzin w tym magicznym miejscu minelo bardzo szybko.

Schodzilismy juz o zachodzie slonca na pieszo. Do Aquas Calientes schodzi sie waskimi schodami a potem idzie sie jeszcze ok 2 kilometry ulica. Gdy doszlismy do hostelu, bylismy wykonczeni, ale tego samego dnia mielismy wykupiony bilety powrotny na pociag, wiec odswiezylismy sie szybko, zjedlismy cos i wyruszylismy w droge powrotna o godzinie 21:30. W Ollaytaytambo bylismy poltorej godziny pozniej a w Cuzco kolo 2 nad ranem.

Pol kolejnego dnia przelezelismy w pokoju, ze wzgledu na zmeczenie i Marcina zatrucie pokarmowe i wieczorem wsiedlismy w luksusowe autokar Cruz del Sur do Nazca. Przed nami bylo 15 godzin drogi.

Mimo, ze autokar VIP z super wygodnymi siedzeniami, goracymi posilkami i wifi na pokladzie, to i tak te podroz mozna zaliczyc do najgorszych w trakcie calej naszej podrozy.

Droga z Cuzko do Nazca prowadzi non-stop (nie naliczylismy nawet 1km prostej trasy) przez gory i ostre zakrety. Malo ze jedzie sie non-stop serpentynami, to jeszcze momentami brakuje asfaltu, a gdy jest to jest tak dziurawy, ze trzesie mocno calym autokarem. Droga jest tak waska, ze gdy jechal samochod z naprzeciwka, autokar musial zjezdzac na pobocze i czekac az ten go wyminie. W nocy dodatkowo zebrala sie mgla, wiec nie bylo zbyt ciekawie. Cala droge kazdy z pasazerow lezal jak zastygly, bo wystarczylo sie troche ruszyc, by poczuc silne mdlosci.

Do Nazca dotarlismy ok 7 rano, totalnie wyczerpani. Nie moglismy sie wczensiej dodzwonic na znaleziony w necie nocleg, wiec skorzystalismy z propozycji naganiacza. Decyzja, by pojsc do zaproponowanego przypadkowo hostelu okazala sie trafiona (Friend’s house- skromny nocleg, bez zadnych rewelacji ale czysty i tani). Ogarnelismy sie troche i wyruszylismy na miasto, by sprawdzic jakie mamy opcje by obejrzec inkaskie linie na pustyni przedstawiajace rozne figury odpowiadajace kalendarzowi Inkow. Niestety, samolot, z ktorego najlepiej oglada sie takie atrakcje jest obecnie bardzo drogi. Jeszcze kilka miesiecy temu mozna bylo poleciec mala awionetka za 50 USD od osoby, ale ze wzgledu na duzy procent wypadkow, zamknieto male firmy przewozowe i lataja wylacznie 4 uatoryzowane samoloty, co oznacza podwojna cene. Teraz placi sie 100USD za osobe, wiec zrezygnowalismy z lotu a linie Nazca postanowilismy obejrzec z wiez (tzw. miradorow).

Propnowano nam wycieczke na miradory, za 90 soli od osoby, potem taksowka za 70 soli za dwie osoby, ale my jednak postanowilismy dotrzec do naszego celu na wlasna reke. Zakupilismy bilety na lokalny autobus do Inca, za jedyne 2 sole od osoby (ok 3 zlotych) i wysiedlismy po drodze przy metalowym miradorze. Z tego punktu widokowego zobaczyc mozna wyraznie jedynie dwa znaki: dlonie oraz drzewo i pol trzeciego znaku-przedstawiajacego jaszczurke, ktora zostala przedzielona na pol dawno temu przez autostrade.

Wyobrazalismy sobie te znaki jako duzo wieksze niz sa w rzeczywistosci. Trudno nam bylo uwierzyc, ze maja prawie 2000 lat, tymbardziej ze obok widac slady kol. Pomyslelismy, ze to jedynie droga atrakcja dla turystow, bo jesli rzeczywiscie znaki nalezalyby do dziedzictwa Peru, nie zezwolonoby na jazde samochodami w poblizu znakow. Podpytalismy lokalnego jaka jest prawda z tajemniczymi znakami. Odpowiedzial, ze w Nazca klimat jest bardzo suchy i nigdy nie pada dlatego znaki mogly przetrwac tak dlugo a slady kol pochodza z czasow, zanim slynny naukowiec-Maria Reische odkryla historie znakow na pustyni.

Do kolejnego miradora mielismy problem z dotarciem. Wsiedlismy w wesoly autobus, z trzema panami pod wplywem i glosna muzyka dochodzaca z glosnikow i poprosilismy by nas wysadzili przy miradorze Llapaita. Niestety, pan z ktorym rozmawialismy wczesniej, zapomnial o naszej prosbie i wysadzil nas w miescie Llapaita, oddalonego jakies 30-40 minut pieszo od wiezy widokowej.

W Llapaita patrzyli na nas jak na kosmitow, bo w sumie zadni turyscie na wioske normalnie nie trafiaja. Niebardzo wiedzielismy co robic, bo grzalo nimilosiernie a autobus jadacy w przeciwnym kierunku mial pojawic sie przyjmniej za godzine. Obok stala pani ze straganem pelnym pieknych, kolorowych owocow. Kupilismy sobie kilogram soczystych mandarynek i usiedlismy na laweczce na skwerku przed dlugim spacerem, ktory nas czekal. Podbiegly do nas lokalne dzieci zapytac skad jestesmy i gdzie jedziemy. Potem poprosily, czy mozemy sobie z nimi zrobic zdjecie. Wygladalo na to, ze naprawde bylismy atrakcja turystyczna w malenkiej wiosce. Marcin wpadl na pomysl, ze zatrzyma ciezarowke na stopa. Zatrzymal dokladnie takiego tira, o jakims kiedys marzyl, by go zabral na stopa. Pan kierowca nie byl zbyt rozmowny, ale podwiozl nas blizej miradora Llapaita, skad jeszcze czekal nas kilkuminutowy spacer przez pustnie. Chyba nie spodziewano sie niezapowiedzianych turystow, bo budka z biletami (2 sole wstep na wieze) byla zamknieta i wokolo nie widac bylo zywej duszy.

Z wiezy Llapaita widac 12 znakow starszych niz te nad ktorymi lata samolot. Sa to bardziej prymitywne rysunki postaci i twarzy. Wszystkie zostaly wykonane na wzgorzu i sa troche mniejsze niz pozniejsze znaki wykonane na pustynii.

Po kilku minutach naszego pobytu na wiezy, podjechalo auto z agencji z przewodnikiem i dwoma turystami. Zdziwili sie jak tam dotarlismy bez auta i zapytali w ktora strone podazamy. Jechalismy w przeciwnym kierunku, wiec nie moglismy sie z nimi zabrac spowrotem. Stanelismy wiec ponownie przy Panamericanie w nadzieji, ze znowu dopisze nam szczescie ze stopem. Niestety usytuowanie miradora nie jest korzystne dla autostopowiczow, bo znajduje sie na zjezdzie z gorki, wiec rozpedzone tiry czy zaladowane ciezarowki nie mialy mozliwosci zatrzymanie sie. Migali nam swiatlami i trabili (chyba na wsparcie) ale zaden sie nei zatrzymal przez ponad godzine. W miedzyczasie, nasi znajomi z agencji wracali z miradora. Zatzrymali sie na chwile i dali nam dwie butelki piwa na powodzenieJ Chyba przewodnik wiedzial co sie swieci. Czekalismy tam w skwarze i z bardzo meczacym towarzystwem wszechobecnych much przez ponad godzine, az w koncu nadjechal wyczekiwany autokar. Poczatkowo planowalismy zatrzymac sie jeszcze przy muzeum Marii Reiche, by dowiedziec sie wiecej o znakach na pustynii, ale zmeczenie i kiepskie perspektywy zatrzymania auta na stopa podpowiedzialy nam, by wracac do Nazca, cos w koncu zjesc i odpoczac.

Weszlismy do poleconej nam po drodze restauracji Paulita, gdzie wlasciciel uraczyl nas daniami giganta, ryba smazona z frytkami, ryzem, fasola, salatka i calym awokado pokrojonym na plastry i przyprawionym cytryna i sosem. Danie bardzo smaczne, ale nawet dla super wyglodnialych, taka porcja bylaby zbyt duzaJ

Nasz pobyt w Nazca zaplanowalismy tylko na jeden dzien i to byl duzy blad. Miasteczko jest bardzo ladne, choc nieduze i tansze od tych, w ktorych bylismy wczesniej.  Nastepnego dnia, zmienilismy zdanie na temat lotu i zapewne gdybysmy mieli wiecej czas, polecielibysmy….poza tym, w Nazca jest wiele ciekawych straganow dla tych, ktorzy lubia oryginalne pamiatki….ale jednak… bilety do Lima juz byly zakupione i termin lotu do Argentyny zmieniony, wiec nie pozostawilismy sobie miejsca na manewry.

Do Limy dotralismy  wieczorem po calodziennej podrozy liniami Cruz del Sur (ktora w historii naszej podrozy serwuje  najlepsze dania na pokladzie autobusu). Gdy autobus wjezdza do Lima, od razu mozna sie zorientowac, ze jest to miasto bardzo inne od pozostalych miast w Peru. Duze, nowoczesne, migoczace roznymi kolorami. Nasluchalismy sie i naczytalismy jak bardzo nieciekawe to miasto, wiec przyjechalismy do Limy bez wiekszych oczekiwan. Na dworcu dwa czy trzy razy podchodzil do nas pan z ochrony, sprawdzajac dokad sie udajemy i przestrzegl by bardzo pilowac rzeczy osobistych. Spedzilismy na stacji, a wlasciwie w kafejce internetowej przy stacji dobra godzine, zanim udalo nam sie znalezc jakis sensowny nocleg. Wzielismy taksowke i pojechalismy na miejsce, ale okazalo sie niestety, ze pan Marcina zle zrozumial przez telefon i nie mial niestety dla nas pokoju na dwie noce. Zostalismy na lodzie. Zmeczeni, glodni i w ciemna noc. Mielismy zapisane adresy do innych hosteli, ktore wygladaly mniej ciekawie i bylo oddalone spory kawalek od miejsca gdzie nas wysadzila taksowka, ale nie bylo wyjscia. Po drodze zaczepil nas mlody chlopak:

Czesc, potrzebujecie pomocy?

Tak, wlsaciwie szukamy tego adresu hostelu

Ale czemu tutaj? W tej dzieinicy nie ma nic ciekawego i jest oddalona od centrum. Zapraszam do swojego hostelu usytuowanego w samym centrum. Mam na imie Ricardo i dam Wam dobra cene.

-moze pan nam podac adres? Moze przyjdziemy jesli te hostele ktore mamy w notatniku nam sie nie spodobaja.

Na kolejny hostel, ktory ogladalismy nawet szkoda miejsca na blogu, jednym slowem mozna go opisac jako PORAZKA. Zanim ruszylismy w dalsza droge, postanowilismy sie posilic w napotkanej pizzerii, by miesc sily niesc plecaki (po raz kolejny przypominamy tym, ktorzy wybieraja sie na podrozowanie typu backpackers, ze nie warto zabierac sporo rzeczy, po dlugich i meczacych podrozach, kazde pol kilo ciazy niemilosiernie). Po drodze do hostelu numer 3 zobaczylismy ladny, dwugwiazdkowy hotel, ktory okazal sie sporo tanszy od hosteli. Bylismy uratowani.

Nastepnego  dnia w Limie, pogoda byla przepiekna. Swiecilo slonce i bylo ok 25 stopni, wiec cudownie! Pierwsze kroki skierowalismy na plaze, ktora okazala sie byc bardzo blisko naszego hotelu.Natomiast dzielnica w ktorej sie ulokowalismy nalezy do jednej z bogatszych i bardziej eleganckich w miescie, takze niezle trafilismy.  Plaza w Lima jest kamienista i jest dosc blisko ulicy, ale w sloneczny dzien, jest tam naprawde przyjemnie. Wzdluz plazy prowadzi promenada. Plaza ma tez swoje stylowe molo z slodkimi malymi sklepikami oraz wykwintna restauracja. W morzu szaleja surfingowcy, a po drugiej stronie ulicy, sa wysokie klify skad rozpoczynaja swoj lot nad miastem paralotnie. W tym miejscu, odnosci sie wrazenie, ze nikt sie nie nudzi.

Po poludniu, dotarlismy do centrum naszej dzielnicy,  ktora kusi kolorowymi wystawami z wykwintym jedzeniem. Lima slynie z wysokiej jakosci przekasek i faktycznie wygladajac bardzo atrakcyjnie.  Smakuja tez nie gorzej;) Niestety zbyt malo czasu zostawilismy sobie na Lima. Do wieczora udalo nam sie jedynie zobaczyc centrum artesanias i rynek a kolejnego dnia juz musielismy wyleciec z Limy. Probowalismy jeszcze na lotnisku naszego szczescia z darmowa zmiana daty wylotu, ale tym razem sie nie udalo.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: