H) Cat Ba & Ha Long Bay (1-4.03)

Na wyspe dotarlismy bez wiekszych problemow. Troche przeplacilismy za bilety na prom, ale jest tylko jeden prom (slow) i jedna firma, wiec nie ma innej opcji. Na promie bylo mnostwo backpackersow, wiec atmosfera byla radosna. 

Jak tylko postawilismy noge na wyspie, podszedl do nas wysoki Chinczyk w bialej koszuli i zaproponowal pobyt w swoim hotelu. Poczatkowo odmowilismy, ale pan nie odpuszczal, szedl za nami powoli, gdy my wchodzilismy do coraz to innego hotelu. Ostatecznie doszlismy do hotelu: Chanh Song-czyli hotelu sympatycznego Chinczyka. Pokazal nam czysty pokoj z widokiem na zatoke za jedyne 6 dolarow.  Tak wiec, zadowoleni z nowego noclegu odpoczelismy, poucztowalismy na parterze w restauracji Chinczyka i zamowilismy u niego lodke na kolejny dzien nad Zatoke Lan Ha i Ha Long.

Na godzine 8 rano umowieni bylismy z kierowca, ktory zabieral nas do portu. Zatem by miec zapas czasu zdecydowalismy, ze pobudka bedzie o 6:45 rano.Leniwe wstawanie z łożka (gdyz jeszcze nie odespalismy poprzednich nocnych przejazdow autobusami) przyplacilismy niezbyt smacznymi nalesnikami na sniadanie. Pani kucharka z naszego hotelu najpierw stwierdzila, ze na pewno zdazymy zjesc sniadanie lecz juz za pare minut wydawalo sie ze zaczela panikowac. Zawolala brata do pomocy i glosno cos wykrzykiwala. Zestresowana brakiem czasu pani kucharka przygotowywala nasze nalesniki tak szybko, ze chyba poprostu jej nie wyszly. Gdy nam je serwowala, na jej twarzy malowal sie niewyrazny usmiech a w  jej oczach bylo widac niezreczne zaklopotanie, ktore mowilo „ to nie sa najlepsze nalesniki jakie w zyciu przygotowalam”… Ale dalo sie je zjesc. Musze tu od razu powiedziec, ze bylo to jedyne danie, ktore Pani nie wyszlo, bo zamawialismy poprzedniego dnia obiad i wszystko bylo bardzo smaczene, swieze i przygotowywane na naszych oczach.  Miedzy ostatnim kesem nieszczesnego nalesnika a ponaglajacym trabieniem kierowcy zabierajacego turystow do portu udalo mi sie wyskoczyc do pobliskiej piekarenki i zaopatrzyc w swieze buleczki. Tym sposobem uchronilem Adriany zoladek przed przymusowym postem, poniewaz nie podzielala mojej opini, ze te placki nie sa takie najgorsze i da sie je zjesc J

Bus zabral nas do portu gdzie zaokretowano nas na lodzi. Juz od pierwszych minut na lodzi dalo sie zauwazyc kto  tu rzadzi i dowodzi. Nie byl to Pan w starszym wieku jak z poczatku myslelismy, tylko jego malzonka. Od samego poczatku nie dalo sie nie slyszec komend i rozkazow wydawanych przez owa przesympatyczna pania.Wydawala je glosno i stanowczo a przy tym sama byla bardzo energiczna i  robila co tylko sie da. Rzucala kotwice, cumowala lodz, rozkladala schody, sterowala lodzia – generalnie niesamowicie obrotna kobieta a przy tym bardzo zabawna.

Zaloga poczatkowo skladala sie z niej, jej meza i dwoch synow a uczestnicy wyprawy to oprocz zalogi jeszcze 10 osob – my, dwoch sympatycznych i zabawnych Wlochow, jeden starszy pan rowniez z Italii, para z Kanady, 2 Anglikow i Francuzka. Wlosi generalnie sa bardzo weseli wiec atmosfera od samego poczatku byla naprawde fajna. Nasza pania Wlosi „ochrzcili” jako Mamma Leone – i tak juz zostalo.

Zdaje sie, ze wlasnie Mamma Leone ze swoim cieplym wygladem (krepa, niziutka, z dobrotliwym wyrazem twarzy,  w zabawnej zimowej czapce z balwankam) oraz energicznym bieganiem po pokladzie i zarzadzaniem wszystkimi i wszystkim wparwila nasza ekipe w tak dobry nastroj, ze atmosfera na lodzie od poczatku byla bardzo dobra.

Pogoda byla naprawde piekna  jak na koniec kalendarzowej zimy w tym regionie.  Bylo cieplo i slonecznie chociaz czasami wial dosc chlodny wiatr.

Pierwszy przystanek – przepiekna wyspa zwana Wyspa Malp. Plaza jak z bajki, woda lazurowa, bialy piasek, cisza i spokoj. Duza zaleta odwiedzenia tego miejsca poza sezonem jest fakt, ze jest bardzo niewielu turystow, zatem plywa niewiele lodzi i nie ma gwaru i halasu charakterystycznego dla miesiecy w szczycie sezonu. Moznaby powiedziec, ze obecnie zycie plynie tu calkiem leniwie.

Przy odchodzeniu od wyspy poczatkowo nie moglismy odbic od brzegu, gdyz lodz wplynela zbyt plytko na plaze i utknelismy. „Kapitan” meczyl silnik ile sie da a syn pomagal odepchnac lodz wielkim kijem bambusowym. Niestety Wietnamczycy sa bardzo drobnej budowy ciala i lodz ani drgnela.Widzac co sie dzieje, szybko zbieglem z gornego pokladu, gdzie wszyscy uczestnicy wyprawy podziwiali widoki by pomoc mlodemu chlopakowi wypchnac lodz.  Co dwie osoby to nie jedna i po krotkiej walce lodz sie poddala i zaczelismy oddalac sie od brzegu. Zadowoleni z „wygranej walki” pogratulowalismy i podziekowalismy sobie nawzajem.

Nastepnie udalismy sie po kajaki do jednego z domow na plywajacym osiedlu.Mieszkaja tu glownie rybacy ze swoimi rodzinami. Utrzymuja sie z tego co da im morze. Lowia ryby, krewetki, kalmary, zbieraja malze i inne dary morza. Nieliczni prowadza plywajace sklepiki – na malutkich lodkach wioslowych plywaja od domu do domu i probuja sprzedac swoje produkty – najczesciej jest to zywnosc. Zaintrygowal mnie fakt, ze kazdy gospodarz plywajacego domku mial dwa duze psy. Nie jednego i nie trzy czy cztery. Kazdy mial dokladnie dwa. Dlaczego akurat dwa, tego nie udalo nam sie ustalic, gdyz znajomosc jezyka angielskiego naszego przesympatycznego pana „kapitana” ograniczala sie do slow „Cafe”, „Tea” i „ok”. Niestety nasza znajomosc wietnamskiego jest na podobnym poziomie, wiec nawet laczac sily ilosc slowek za pomoca ktorych mozna bylo skomunikowac sie zrozumiale w dwie strony nie pozwalala nam na pozyskanie tak ciekawych wiadomosci.

Akcja zabierania kajakow zakonczyla sie tym, ze nasza lodz obrocila platforme na ktorej zbudowany byl plywajacy domek prawie o 90 stopni. Cala niezbyt pomyslna akcja odbierania kajakow najwyrazniej mocno zirytowala Mamme Leone.  Pomagajacy w „operacji kajaki” synowie naszej przesympatycznej pani musieli tam zostac gdyz nie zdazyli wsiasc spowrotem. Mamma Leone wykrzyczala pare slow pod ich adresem (co dokladnie – niestety nie wiemy), ale z tonu dalo sie wywnioskowac ze bylo to cos w rodzaju „ale wy jestescie niezdarni, za kare siedzcie tam i odbierzemy was pod wieczor jak bedziemy wracac”). Po minach chlopakow bylo widac, ze nie byli zbyt zadowoleni z obrotu sprawy, ale nie smieli protestowac.

Po zabraniu kajakow udalismy sie w kierunku zatoki Ha Long. Miejsce tak bajecznie piekne, ze trudno to opisac. Przepiekne formacje skalne wyrastajace wprost z lazurowej wody. Wysepek takich jest tam okolo 3 tys. Niesamowite groty i jaskinie, ktore zostaly naturalnie przez wiele tysiecy lat uformowane przez wode.  Zakotwiczylismy lodz w samym sercu tej uroczej zatoki i przesiedlismy sie na kajaki by moc poplywac po jaskiniach i wplynac w waskie przesmyki.  Bylismy tak zauroczeni tym miejscem, ze wrocilismy na lodz jako ostatni i wszyscy czekali na nas z lunchem.

Lunch przygotowany przez Mamme Leone to gorna polka prawdziwej sztuki kulinarnej. Swiezutkie dary morza – krewetki, kalmary, przepyszna rybka, ryz , gotowane specjalne glony i przepyszne sajgonki. Wszystkim tak smakowalo, ze talerze zostaly zupelnie puste a nasze kubki smakowe  jeszcze dlugo rozpamietywaly niebianskie potrawy… J

Po lunchu poplynelismy do przepieknej jaskini w zatoce Ha Long. Jaskinia ogromna, ksztalty formacji skalnych bajeczne, gra swiatel i caly klimat jaskini spowodowal, ze chodzilismy jak zaczarowani. To spowodowalo, ze jak zwykle znowu dotarlismy na lodz jako ostatni i Mamma Leone trzymajac cume nerwowo wypatrywala naszego powrotu. Wsiedlismy i wyruszylismy juz w droge powrotna.

Plynac juz z powrotem w kierunku naszej wyspy Cat Ba moglismy jeszcze raz podziwiac piekno zatoki Ha Long i Lan Ha tym razem przy popoludniowym swietle. Pelni wrazen i bardzo zadowoleni z wyprawy udalismy sie na kolacje do Bamboo Restaurant by jeszcze raz podzielic sie miedzy soba wrazeniami z wyprawy.

Wszystkim bardzo polecamy odwiedzenie tego miejsca a szczegolnie od strony znacznie mniej komercyjneij– wyplywajac z wyspy Cat Ba (najlepiej poza sezonem).  Polecamy nocleg w rodzinnym hoteliku o nazwie „Song Chanh”.Za pokoj z przepieknym widokiem na zatoke placilismy 6USD/za dobe.

Cat Ba

Natepnego dnia obudzily nas krzyki dochodzace z przystani na przeciw naszego okna. Okolo godziny 7 rano, przyplywaja z polowow rybacy i mieszkancy zbiegaja sie wlasnie w tym miejscu, gdzie glosno traguja sie o ceny rybek i darow morza.  To spektakularny widok z naszego okna. Budzacy sie dzien,  przebijajce sie slonce zza chmur, rysujace sie w tle gory nadal owite mgla, okoliczna ludnosc w typowych stozkowych, slomianych kapeluszach  i roznego rodzaju kutry i lodzie.

Wydawalo sie, ze pogoda nie jest najlepsza na zwiedzanie. Za pare chwil niebo zrobilo sie szare. Zaczelo najpierw kropic potem padac. Zamknelismy okna bo zrobilo sie tez duzo chlodniej. Wygladalo na to, ze nasze plany by dotrzec na motorze do parku narodowego i pospacerowac legly w gruzach. Nie zmartwilo nas to jednak bardzo, poniewaz wyspa wprawila nas w leniwy nastroj i mielismy ogromna ochote odpoczac, polezec, przejrzec zrobione wczesniej zdjecia i ukatualnic bloga.

Nasz dzien leniuchowania zaczelismy od sniadanka w naszej ulubionej piekarence, ktora oferowala bogaty wybor buleczek, ciastek i ciasteczek. Spotkalismy tez tam naszych wesolych Wlochow z lodzi. Zamowilismy wiec buleczki, kawke, herbate i przysiedlismy sie do nich. Mieli podobne plany jak my i tez nie byli pewni czy uda im sie je zrealizowac. Panowie byli z Wenecji. Jeden z nich  jest instruktorem nurkowania, wiec jak dowiedzial sie ze jedziemy dalej w swiat, szybko wyrysowal nam mapke najlepszych miejsc do nauki nurkowania. Bylo bardzo wesolo i sympatycznie.

W miedzyczasie rozpadlo sie juz na dobre, wiec wrocilismy do pokoju, by oddac sie opisywaniu naszych doswiadczen podroznicznych.  Nie bylibysmy chyba Ada i Marcinem gdyby juz nie zaczelo nas nosic po godzinie czy poltorej. Mowie: „Marcin, chyba nie bedziemy caly dzien siedziec w pokoju”, Marcin na to: „ no wlasnie o tym samym myslalem”. Za pol godziny juz mielismy na sobie kurtki przeciwdeszczowe i negocjowalismy cene za skuter, ktorym chcielismy dostac sie do parku narodowego.

W sumie oboje juz bylismy podziebieni,  kichajacy, z chusteczkami przy nosach, ale stwierdzilismy ze najwyzej bedziemy sie ratowac coldrexem.  Opatulilismy sie jak sie dalo i w droge.

Droga byla mokra, nadal padalo, wial dosc zimny wiatr, ktory po pol godziny jazdy troche nam zaczal dokuczac, ale w tym samym czasie zaczely sie przed nami rozciagac przepiekne, malownicze widoki, ktore zrekompensowaly niewygody. Otulone mgla gory, u ich stop woda, rozciagajace sie po drugiej stronie pola ryzowe i ciezko pracujacy ludzie, ktorych brzydka pogoda nie zatrzymala w wykonywaniu codziennych obowiazkow.  Mijalismy tez niewielkie plaze, okazale palmy i gory porosniete gestymi lasami. Po ponad godzinie dotarslimy do tabliczki Cat Ba National Park, gdzie stal pusty budynek z podstarzalym napisem recepcja i znak STOP oraz szlaban ktory byl podniesiony. Wokolo pusto, glucho, ani zywej duszy. Powiedziano nam wczesniej, ze mozemy motorem dojechac do pewnego miejsca a potem mozemy tylko isc kawalek. Radzono by nie zapuszczac sie glebiej w las bez przewodnika. Zostawilismy wiec nasz skuter przy tabliczce recepcja i waska sciezka ruszylismy w droge. Nagle wyminela nas nieduza furgonetka, ktore pomknela w dol sciezki. Marcin na to: „ no nie! jak ta furgonetka tu przejechala, to my tymbardziej mozemy”. Wrocilismy po motor.  Jechalismy w dol i w gore. Dziwilismy sie jak furgonetka przecisnela sie miedzy dwoma scianami skalnymi z ktorych zlecialy dwa duze glazy blokujace czesc waskiej drogi. Po jakis 15 minutach zobaczylismy zaparkowana opustoszala furgonetke. Wygladalo na to, ze od tego momentu grupy ruszaja dalej z przewodnikiem. Wywnioskowalam, ze zapuscilismy sie w glab,czyli tam gdzie niby mielismy nie isc.  Na szczescie, po paru minutch, w furgonetce pojawila sie czyjas glowa(chyba wczesniej ten ktos lezal), wiec nie bylismy sami. Byl to lokalny kierowca. Gdy nas spostrzegl, szybko wysiadl i powiedzial nam gdzie mozemy spokojnie pospacerowac. Wybralismy tzw.Education Trail. Zostawilismy nasz motocykl kawalek dalej i powedrowalismy w gore.

Niesamowicie bylo! Drzewa jak z ilustracji do bajek. Rosliny o wielkich, parasolkowatych lisciach, liany opadajace z drzew, na ktorych mozna byloby poudawac tarzana. Fakt, ze nadal padalo dodawal temu miejscu uroku i tajemniczosci. A jednoczesnie, odstraszyl skutecznie innych turystow, wiec ta czesc parku byla tylko dla nas. Po solidnym spacerze, wrocilismy do Cat Ba town wyglodniali i zmarznieci. Goraca imbirowa herbata i duza ryba w sosie cytrynowo-imbirowym pozwolily nam sie szybko rozgrzac. Po drodze jeszcze spotkala nas jedna zabawna przygoda. Zanim doratlismy do Cat Ba town, Marcin zatrzymal sie na chwile przy jednym ze sklepow, by kupic mydlo. Pani dlugo wyciagala rozne specyfiki z opisami tylko po wietnamsku zanim zobaczylismy na polce znana marke Palmolive. Wytargowalismy dobra cene i pani poszla znalezc reszte, po czym zorientowalam sie ze to specjalne Palmolive-wybielajace skore. Proba odkrecenia wszystkiego i oddanie produktu zajelo nam kolejne 15 minut, wiec przestroga! Jesli ktos wybiera sie do Azji, prosze szczegolnie uwazac na produkty kosmetyczne-80%, a w niektorych miejscach 90% ma jakies substancje wybielajace.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: