F) Hue and Vinh Moc (tunele)

Droga do Hue dostarczyla nam duzo adrenaliny. Nie do konca moglismy cieszyc sie niesamowitymi widokami rozciagajacymi sie u stop gor po ktorych prowadzi droga do Hue, poniewaz nasz kierowca szalal. Przyspieszal, nagle hamowal, wyprzedzal na waskich gorskich drogach po linii ciaglej. Nie mialo dla niego znaczenia czy wyprzedza rower, czy autobus czy tez wielkiego tira wiozacego paliwo. Trabienie i jazda slalomem miedzy samochodami to zdaje sie, ze standard w Wietnamie.

W koncu po paru godzinach jazdy doratlismy szczesliwie do Hue. To chyba pierwsza miejscowosc w Wietnamie, gdzie tak ciezko bylo nam znalezc nocleg.

Niezaleznie od tego, czy byl to nocleg za 10, 12 15 czy 20 dolarow pachnial stechlizna i grzybem ( co w przypadku moich problemow z alergia i astma odpada). Po obejrzeniu ok 7 roznych pokoi, w koncu zostalismy zaczepieni na ulicy przez mlodych ludzi przy jednej z restauracji. Pokazali gestem, ze nad restauracja jest hotel.

W koncu! Udalo nam sieznalezc miejsce, gdzie nie bylo grzyba a pokoj byl czysty za jedyne 10 USD / pokoj. Poza tym, restauracja na parterze z przeszklona kuchnia, ktora zachwycala czystoscia (co nie jest norma w Wietnamie) i gdzie mozna bylo zobaczyc jak kucharze przygotowuja nasze wczesniej zamowione dania, okazala sie super. Jedzenia sporo i smaki europejskie, bardziej niz azjatyckie. Warto zapamietac nazwe: Hung Vuong Inn na ulicy Hung Vuong.

Po krotkim odpoczynku i smacznej kolacji zrobilismy sobie spacerek po miescie, ktore nas nie zachwycilo. Jest dosc duze, glosne i jakby troche w komunistycznym stylu, domy handlowe jak w Polsce w latach 80-90, tyle ze wiecej towarow na polkach. Stwierdzilismy, ze nasz pobyt ograniczymy do minimum i jedziemy dalej. Wieczorem zarezerwowalismy bilety do strefy zdemilitaryzowanej, gdzie kiedys przebiegala granica pomiedzy komunistyczna polnoca i pozostajacym pod wplywem Francuzow i Amerykanow poludniem.

O 6:30 rano, autokar zabral nas spod hotelu. Po odebraniu innych gosci, zawieziono nas na sniadanie, gdzie standardowo mozna bylo zjesc wietnamska zupe, jajka sadzone lub bagietke z dzemem, do tego herbata Lipton(bo glownie taka tu serwuja) lub kawa po wietnamsku (jak sie nie ma nic innego, to trzeba ja w koncu polubic;) Po okolo 2,5 godziny jazdy dojechalismy do miasteczka, gdzie wsiadla nasza wietnamska pani przewodnik. Bardzo ucieszylismy sie jej obecnoscia, ale nasza radosc trwala do momentu, kiedy pani wziela do reki mikrofon i zaczela przedstawiac plan jednodniowej wycieczki.

Jezyk wietnamski jest jezykiem tonalnym i wiekszosc slow jest podzielona na sylaby. Nasz przewodniczka mowila po angielsku w wietnamski sposob. Dzwieki wydobywajace sie z jej ust wedrowaly w dol i w gore a kazde angielskie slowo probowala podzielic na sylaby. Mimo pelnej sympatii do przemilej pani, naprawde bardzo ciezko nam bylo ja zrozumiec i wydawalo sie,ze nie tylko nam. Po jakiejs godzinie, nasze uszy sie troche dostroily do gamy dzwiekow i troche zaczelismy rozumiec. Opowiadala jak Wietnam byl podzielony w czasie wojny. Czlonkowie jednej rodziny stawali czesto przeciwko sobie. Jej dziadek popieral poludnie, a babcia komunistyczna polnoc. Opowiadala jak dorastala wsrod ludzi, w rozny sposob okaleczonych przez wojne fizycznie i  psychicznie.

Wiekszosc domostw skladala sie z samotnych kobiet z dziecmi. Czesto gineli i mezowie i synowie. Scena  oczekujacych kobiet z dziecmi zostala uwieczniona w postaci pomnika na wzgorzu, gdzie widac postacie kilku kobiet z dziecmi patrzacymi w strone granicy polnocy z poludniem. Teraz zaczynamy rozumiec, dlaczego kobiety w Wietnamie maja takie meskie charaktery. W wiekszosci miejsc, ktore odwiedzamy kobiety wydaja sie rzadzic i w hotelach i w sklepach. Czesto glosno krzycza na swoich mezczyzn. Czasami wyglada to komicznie, gdy idziemy do sklepu gdzie siedzi pan, a gdy zapytamy o cene albo wola zone, albo dzwoni do zony. Przejezdzajac przez wioski, widzimy czesto kobiety ze szpadlami pracujace rownie ciezko jak mezczyzni.

Jedziemy dalej. Zatrzymujemy sie przy kolejnym pomniku upamietniajacym bardzo licznych i dzielnych zolnierzy wietnamskich, ktorzy w obronie kraju oddali swoje zycie. Po drodze mijamy tez niezliczona ilosc cmentarzy. Chyba pierwszy raz w zyciu jestesmy w miejscu, gdzie przez tyle kilometrow ciagna sie cmentarze. Widzimy tez mnostwo studzienek. Sa to otoczone murem kratery powstale na skutek zrzucenia bomby. Na tych terenach az do dzis znajduje sie wiele niewypalow i min.

Docieramy w koncu do slynnych tuneli Vinh Moc. Gdy zaczelo sie bombardowanie (armia Amerykanska zrzucila na ten teren 9000 bomb w ciagu 5 lat), mieszkancy zaczeli wszelkimi mozliwymi narzedziami wykopywac tunele. W ten sposob powstalo podziemne miasto. Dlugosc tuneli to 2 kilometry, szerokie na 70cm i wysokie na 1,70, w niektorych miejscach mierzyly troche mniej.

Przez 5 lat mieszkalo tam 400 osob. Niesamowitym jest to jak ludzie tam zyjacy potrafili w tych ciemnych,waskich tunelach zorganizowac zycie. Co kilka metrow, wykopywano waskie tunele wentylacyjne, ktore doprowadzaly swieze powietrze i troche swiatla. Posiadano tu pokoje dla rodzin, toalety, kuchnie, sale porodowa, maly szpital, mini szkolka i miejsce spotkan. W tunelach przyszlo na swiat siedemnascioro dzieci (niestety wiekszosc z nich miala problemy ze zdrowiem, ze wzrokiem, sluchem lub skora). W muzeum przy wejsciu poznalismy pana, ktory urodzil sie w tunelu. Niestety, ze wzgledu na ogromny halas bombardowan, pan nie mowi i nie slyszy. Tunele zrobily na nas ogromne wrazenie i trudno nam bylo sobie wyobrazic jak ludzie mogli spedzic w tych dusznych, waskich i ciemnych przestrzeniach az tyle czasu. Tunele coprawda posiadaly 17 wyjsc na zewnatrz, ale czasami bombardowania nie pozwalaly na wydostanie sie ponad poziom ziemi. Najdluszy okres jaki mieszkancy w tunelach bez kontaktu ze swiatem zewnetrznym to 10 dni.

Tunele byly tak skuteczne, ze nawet specjalnie przygotowane przez Amerykanow bomby nie byly w stanie ich zniszczyc. Dochodzily jedynie do 10 metrow nie docierajac do mieszkajacych tam ludzi. Jedna bomba, ktora wpadla glebiej srodka tunelu okazala sie byc niewypalem i jeszcze pomogla osobom tam mieszkajacym, poniewaz stworzyla nowy wlot wentylacyjny.  

Po obejrzeniu tuneli, wrocilismy do miasta. Zawieziono nas do najwiekszej remizy w pobliskim miescie-Dong Ha, gdzie akurat odbywalo sie wesele. Wesele bylo bardzo liczne, liczylo moze 300 osob. Muzyka w stylu-wietnamskie disco polo. Ludzie ubrani dosc pstrokato, kolorowo. Gdy przechodzilismy obok stolikow z biesiadujacymi, serdecznym gestem zapraszano nas do stolikow. Nie skorzystalismy jednak z zaproszenia i udalismy sie za przewodniczka na pierwsze pietro.

Menu nie bylo dosc bogate: ryz z kapusta, lub makaron z kapusta, albo ewentualnie z jajkiem lub kawalkiem miesa. Wybralismy opcje wegetarianska dla bezpieczenstwa (gdy zobaczylismy jak w Azji poludniowo-wschodniej wyglada „rzeznik” i jak przechowuje sie mieso, za kazdym razem gdy otwieramy w barze czy restauracji MENU, pamiec wzrokowa alarmuje by jednak nie probowac lokalnych miesnych speciałów).

Skonczylismy w tym samym czasie, w ktorym zakonczylo sie wesele czyli ok 13:30 (zdaje sie, ze Wietnamczycy zaczynaja wesela bardzo wczesnie i koncza po poludniu) i ruszylismy dalej w droge.

Kolejnym punktem wycieczki byl Stockpile Mountain, czyli wysoka, bardzo stroma gora, na ktorej Amerykanie stworzyli podczas wojny punkt obserwacyjny. Do dzis nie ma tam żadnego szlaku prowadzącego na szczyt, wiec i wowczas sprzet czy zywnosc sprowadzano z pomoca helikopterow.

Dojechalismy w koncu do ostatniego punktu naszej jednodniowej wyprawy-Khe Shan – miejsce, ktore zostalo ochrzczone nazwa „piekło na ziemi” – ze wzgledu na rozmiar i tragizm bezsensownej i najkrwawszej bitwy jaka rozegrala sie podczas wojny wietnamskiej.

Ostatecznie kiedy walki ustały prawie wszystko było zrownane z ziemia, przyszla refleksja po obu stronach frontu, czy Khe Shan warte bylo az tak wysokiej ofiary… tam gdzie rozegraly sie dantejskie sceny, ziemia jest czerwona i rosna na niej sadzonki kawy, ktora sprzedawana jest przed muzeum. Wokol muzeum chodza panowie z „pamiatkami” czyli tym co znalezli przy ofiarach, lub wykopali gdzies w poblizu. Odznaki, medaliki i inne prywatne rzeczy osob ktore zginely. Czesto przyjezdzaja tam bliscy osob, ktore tam zginely a ich ciala nigdy nie zostaly odnalezione. Ciekawe co czuja gdy widza te plantacje wokol wzniesienia, gdzie mogly lezec ciala ich bliskich i gdy widza tych panow sprzedajacych swoje znaleziska??? Dla nas to bylo dosc wstrzasajace i kontrowersyjne.

Nastepny dzien przenaczylismy na zwiedzanie miasta Hue. Stare miasto otoczone murami i cytadela to chyba najciekawszy obiekt do zwiedzenia. Wybralismy sie tez na spacer wzdluz rzeki promenada, co tez polecamy jesli ktos zdecydowalby sie na wizyte w Hue.

Wieczorem w drodze do kosciola zdarzylo sie cos dla nas troche dziwnego. Jedziemy skuterem i nagle ktos do nas krzyczy: “zmien bieg” (motocykl byl w dosc kiepskim stanie, wiec ciezko bylo wogole wyczuc jaki bieg wrzucic). Po czym pan podjezdza blizej i pyta: “skad jestescie?” . Zwalniamy i zaczynamy konwersacje. Pan wyglada na zadowolonego slyszac, ze jestesmy z Polski i mowi nam, ze ma tam rodzine. Za chwile wyciaga zdjecie jakiegos mezczyzny podpisane polskim imieniem i nazwiskiem i mowi, ze to maz jego kuzynki. Po czym pan przedstawia sie jako nauczyciel i oznajmia, ze bylby szczescliwy gdybysmy zgodzili sie isc na obiad z nim. Tak wiec umawiamy sie z nim po Mszy przy kosciele majac nadzieje, ze dowiemy sie czegos wiecej o ludziach, kulturze i zwyczajach. Mielismy juz nawet kilka pytan w glowach. Po godzinie, pan juz na nas czeka na swoim motorze i jedziemy za nim. W drodze dyskutujemy jeszcze z Marcinem czy to dobry pomysl by isc z tajemniczym panem do lokalnego przydroznego baru, dochodzimy do wniosku ze ryzykowna sprawa, wiec proponujemy panu lokal przy naszych hostelu. Pan sie nie zgadza, wiec ostatecznie jedziemy za nim do baru-restauracji przy ulicy. Po szybkich ogledzinach miejsca, wybieramy jednak tylko coca-cole, wiec i pan nie smie nic zamawiac i wybiera to samo co my. Zaczynamy rozmowe, zadajemy pytanie, ale pan jednak nagle przestal miec ochote na rozmowe a na nasze pytania odpowiadal bardzo zdawkowo. Nam sie dosc spieszylo i nasz nowy ” znajomy” stwierdzil ze jemu rowniez bo czeka na niego kolega i wlasciwie co chwila powtarzal to jak mantre, ze czeka kolega. Rozmowa wogole sie nie klei, wiec dziekujemy panu za “rozmowe” i postanawiamy udac sie do hostelu. Pytamy o rachunek, pan wyciaga powoli portfel i nagle Marcin stwierdza ze zaplaci za napoje. Szefowa baru cos mowi, a pan tlumaczy, ze musimy zaplacic 80,000, czyli cena dobrego obiadu(jeden napoj zwykle kosztuje 10-12,000) Troche zdziwieni bardzo wysoka cena napojow placimy jak juz sie zdeklarowalismy, po czym pan podnosi papierosy i mowi: “o, jeszcze papierosy, dlatego”.

Troche zdziwieni, troche niezadowoleni odjezdzamy w strone hostelu, by sie spakowac i ruszyc w dalsza droge do Ninh Binh.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: