A) Ho Chi Minh city (Sajgon) (15-17.02.2011)

Nasz przygoda z Sajgonem trwala dosc dlugo, niestety nie z wyboru (oboje troche chorowalismy), ale z drugiej strony pozwolilo nam to lepiej poznac to miasto i poczuc jego atmosfere.
Wiec od poczatku. Do Sajgonu dotarlismy ok godziny 16. Hotel ktory nam polecono w poprzednim hostelu okazal sie straszna nora, wiec zabralismy plecaki i udalismy sie w strone kafejki internetowej, zeby poszukac czegos innego.
Obok kafejki siedziala sympatyczna babcia, ktora usmiechajac sie reka wskazala na swoj Guest House. Okazalo sie ze guest house nalezy do starszego malzenstwa, ktorym pomaga wnuczka w komunikacji z obcokrajowcami. Cudowni ludzie. Nie moglismy trafic lepiej. Nie dosc ze ludzie wspaniali, to jeszcze ladnie, czysto, przestrzennie. Dostalimy apartament z aneksem kuchennym i internetem w mieszkaniu za cene mniejsza niz przecietny pokoj w okolicy. W ten mily sposob zaczelismy nasza przygode z Sajgonem:)
Niestety juz pierwszego dnia wieczorem, Marcin bardzo zle sie poczul, okolo 24 mial juz bardzo wysoka goraczke i dreszcze, wiec pojechalismy na pogotowie. Diagnoza-ostra infekcja ukladu pokarmowego. Dostal dwie kroplowki i leki do domu. Opieke mial super. Klinika nowoczesna, czysta. Zanim dostal antybiotyk, najpiew sprawdzono, czy przypadkiem nie jest uczulony. Przesympatyczny pielegniarz, jak sie okazalo-Filipinczyk, caly czas czuwal, sprawdzal czy wszystko jest w porzadku i nas zabawial swoim towarzystwem i rozmowa. Do hotelu podwiozla nas karetka okolo godziny 4 nad ranem. Nasi wspaniali gospodarze tez czuwali i otworzyli nam drzwi o swicie. Nastepnego dnia po poludniu juz Marcin stanal na nogi, wiec moglismy zwiedzac, az do momentu gdy to ja sie rozchorowalam, na szczescie juz nie tak powaznie jak Marcin.
To co w Sajgonie zastanawia chyba kazdego kto tu przybywa to jak przejsc przez ulice, kiedy z jednej i z drugiej strony plynie fala motorow i samochodow. Dowiedzielismy sie, ze w Sajgonie jest 8 mln ludzi i 6 mln motocykli. ..i to widac!!! Sposob na przejscie na druga strone jezdni? nie zwazac na jadace pojazdy tylko powoli kroczek po kroczku pakowac sie na ulice i motory beda zwinnie nas wymijac. Uwaga! Pomaga uniesienie reki do gory od strony jadacych pojazdow:)
Marcin stwierdzil, ze czegos takiego nie moze przegapic i postanowil wynajac skuter ( a musze przyznac ze ruch uliczny w Sajonie jest duzo gorszy niz w Kambodzy). Ja na poczatku prostestowalam, bo pan wynajmujacy dal nam motor z jedynym lusterkiem i bez swiatla hamowania i uparcie twierdzil, ze no problem! Jednak po dalszych negocjajach, zmienil nam nasz dwukolowy pojazd na taki z dwoma lusterkami i hamulcem.Doswiadczenia z jazdy na dwukolowcu po Sajgonie nie da sie opisac, trzeba samemu to zobaczyc lub poczuc na wlasnej skorze(umieszczamy krotkie filmiki z naszych motocyklowych podrozy). Podobnie jak w Kambodzy, nie ma za bardzo zadnych zasad, oprocz tej, ze im wiekszy pojazd, tym bardziej uprzywilejowany.
W Sajgonie odwiedzilismy piekny kosciol, wietnamski Notre Dame, calkiem ladny, zabytkowy budynek poczty, slynny rynek (trzeba tam uwazac, bo zdeterminowani sprzedawcy moga chwytac za reke i nie chciec puscic:), dwa urokliwe parki, gdzie mozna odpoczac od zgielku ulic i pocwiczyc na ustawionych tam sprzetach do cwiczen;) oraz nowoczesne centrum, gdzie oprocz pieknych hoteli, restauracji i firmowych sklepow, warto obejrzec atrakcyjny budynek urzedu miasta oraz opere.
NIe moglismy tez przegapic slynnego teatru lalek na wodzie. Kolorowo ubrany zespol grajacy ustawiony jest po dwoch stronach sceny.Scena to duzy pojemnik z woda, za ktorym wisza drewnane maty. Zza mat co chwila wychodza nowe postacie, ktore w rytm tradycyjnej muzyki, przedstawiaja scenki z legend o powstaniu Wietnamu i niektorych miast. Wieczorem udalismy sie na spacer bulwarem nad rzeka Mekong, gdzie mozna zobaczyc troche kiczowate lodzie, cale oblozone kolorowymi lampkami, ktore oferuja kolacje na pokladzie.

Specjalnie na koniec zostawilam opis wizyty, ktora wstrzasnela nami najbardziej, bo wlasnie jej chcielibysmy poswiecic najwiecej czasu.
Juz przy wejsciu do muzeum widzimy grupe ludzi, bez rak, badz nog, lub dziwnie zdeformowanych. Nad nimi tabliczka, ofiary Agent Orange. Ta nazwa powiem szczerze do tej pory niewiele mi mowila. Ogladamy zdjecia tysiecy ludzi prostestujacych na calym swiecie o przerwanie wojny w Wietnamie. Zdjecia 3 Amerykanow, ktorzy popelnili samobojstwo, podpalajac sie przed siedzibami rzadowymi na znak prostestu. Idziemy pietro wyzej, zdjecia i fakty coraz bardziej przygnebiajace. Amerykanie uzywali roznego rodzaju broni, w tym chemicznej…
Strzelali do niewinnych wiesniakow, dzieci, kobiet w ciazy, podpalali wioski, gwalicili, urzadzali masowe egekucje…ogladamy zdjecia dzieci z poparzeniami od broni fosforowej lub napalmowej.
Widzimy tablice zestawien, Amerykanie stacjonowali w Wietnamie 25 lat. Wojna w Wietnamie kosztowala Amerykanow 3 razy wiecej niz zostalo wydane na II wojne swiatowa. Zastanawiamy sie po co?
Najbardziej jednak wstrzasajaca jest sala wymalowana na pomaranczowo z napisem-Agent Orange. Tajemnicza nazwa Agent Orange, to jeden z defoliantow (srodkow roslinobojczych), zawierajacych dioksyny, ktore jak do tej pory, sa jedna z najbardziej toksycznych substancji uzytej przez czlowieka. Najnowsze dane mowia, ze na ziemie wietnamska zrzucono od 350- 600kg dioksyn (dla porownania-wystarczy jedynie 80 gramow wprowadzonych do kanalizacji, aby moc wytruc 8 milionowe miasto). Oficjalnym powodem ich stosowania bylo niszczenie dzungli, aby zniszczyc mozliwe kryjowki partyzantow. Oprocz tego niszczono takze wszelkie uprawy, by zaglodzic wroga.
400 tysiecy ludzi zmarlo na skutek skazenia, 500 tysiecy dzieci urodzilo sie z defektami genetycznymi i nadal pozostaje 2 miliony ofiar,ktore ponosza konsekwencje zetkniecia sie bezposrednio lub posrednio (przez rodzicow) z TCDD.
Amerykanie pozostawili smiertelna spuscizne Wietnamczykom. Trucizna powszechnie znane jako dioxin przeksztalca DNA i skutki moga byc widoczne nawet do 3ciego pokolenia ofiar (najczęstsze efekty, pojawiające się masowo wśród osób, które się zetknęły z tym preparatem w czasie wojny wietnamskiej, to charakterystyczne zmiany wyglądu twarzy (szczególnie widoczne u dzieci), także zwiększona podatność na choroby nowotworowe, czy różnego rodzaju uposledzenia czy niedorozwoj).
Nadal wiele terenow jest skazonych. Zyja tam ludzie, jedza ryby i mieso, w ktorych stezenie dioksyn przekracza wszelkie normy. Badania z 2009 roku pokazuja ze w regionach najbardziej dotknietych, znaleziono dioksyny we krwi doroslych, dzieci i mleku matek. W muzeum jest raport pokazujacy,ze w 2010r. rozpoczeto 10-letnia kampanie oczyszczania gleby…jednak tego co sie stalo juz nikt nie cofnie…wstrzasajacy raport o ofiarach Agent Orange, ktore przebywaja w sierocincach w okolicach Hanoi i Sajgonu mozna przeczytac na tej stronie:
http://www.vietnam720.com/travel-tips/agent-orange-vietnam nie radze natomiast patrzec na zdjecia (bo chyba ze ktos ma mocne nerwy).
Amerykanskie ofiary Agent Orange, otrzymaly ogromne odszkodowania. Sprawy o odszkodowania dla ofiar z Wietnamu tocza sie nadal od lat 80tych.
W muzeum mozna przeczytac wzruszajacy list jednej z ofiar, 23 letniej dziewczynki. Niestety nie znalazlam na internecie tresci listu. Jest natomiast cos o liscie:
http://english.vietnamnet.vn/reports/2009/04/843421/

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: