I) Hanoi

Jedziemy wlasnie do Hanoi. Trasa autobus-prom-autobus. Cala trasa 5-6 godzin. Jest koszmarnie. Inaczej sie tego nie da opisac. Nasz kierowca w rankingu na najgorszego wygrywa pod kazdym wzgledem. Jedzie jak wariat, wyprzedza na trzeciego, jedzie oczywiscie slalomem, a co najgorsze trabi bez opamietania od kilku godzin. Siedzaca obok pani cala droge trzyma sie za glowe. Chyba wszyscy mamy ochote juz wysiasc….

W koncu dojechalismy, po 3.5 godziny sluchania klaksonu non stop, nasze glowy wydaja nam sie dwa razy ciezsze niz zwykle. Bierzemy taksowke do znalezionego wczesniej w necie hotelu. W hotelu nie ma miejsca (i moze dobrze, bo nie wyglada ani na mily ani na czysty-jak to opisywano w przewodniku), wiec bierzemy plecaki i maszerujemy dalej. W koncu udaje nam sie znalezc mozliwie niedrogi i czysty pokoj bez grzyba. Bierzemy! Jestesmy glodni i wykonczeni! Ruszamy na stare miasto.

Stara czesc Hanoi ma swoj klimat. Waskie uliczki, wypelnione kolorowymi straganami, panie w stozkowatych kapeluszach,  z przewieszonym na ramieniu palakiem zakonczonym dwoma koszami przechadzaja sie miedzy straganami i sprzedaja owoce i warzywa. Oczywiscie jest harmider i halas. Jak w innych miastach, miedzy straganami, posuwa sie “rzeka” trabiacych motocykli. Jednak od tego sie nie ucieknie. Szukanie miejsca, gdzie mozna cos zjesc idzie nam opornie. Uliczki podzielone sa tematycznie, wiec dlugo bladzimy. Mijamy uliczke z artykulami papierowymi, potem uliczke ze sprzetem mechanicznym, uliczka z guzikami i pasmanteria, uliczka z ziolami, z klapkami i sandalami i wiele innych uliczek zanim w koncu ladujemy w nietaniej restauracji. Dzis juz nam jest wszystko jedno ile zaplacimy, byle tylko bylo cicho i dali nam cos do zjedzenia.

Po smacznym posilku w zacisznej restauracji, idziemy do centrum nad jezioro. Tam zwiedzamy przepiekny most chinski zachowany jeszcze z czasow kiedy te tereny okupowaly Chiny, park i okolice. Mimo zgielku i halasu, odkrywamy powoli charakter miasta.

Nie mniej jednak halas daje nam sie we znaki. Ja mam potezny bol glowy a Marcina uszy sa tak czerwone, ze smiejemy sie ze za chwile odpadna.

Nastepnego dnia, po prawie nie przespanej nocy (okna byly nieszczelne, wiec bylo i glosno i zimno) udajemy sie na dalsze zwiedzanie. Po drodze probujemy zakupic zatyczki do uszy. Bezskutecznie. Kazde pytanie w sklepie czy w aptece: “czy sprzedajecie zatyczki do uszu” konczy sie gromkim smiechem sprzedawcow. Zrezygnowani poszukiwaniem stoperow, poddajemy sie ostatecznie. Dochodzimy do wniosku, ze jest to towar deficytowy, wiec jesli ktos chcialby zamieszkac w Wietnamie i prowadzic wlasny interes – podpowiadamy i gorąco zachecamy. Sukces murowany!

Niestety bez zatyczek, rozpoczynamy zwiedzanie. Najpierw udajemy sie do katedry, ktora jest niezwykla. Okolice katedry rowniez. Znajdujemy tam restauracje-agencje turystyczna prowadzona przez dwojga Australijczykow-Kangaroo Cafe. Miejsce z dusza, godne polecenia, ale radze nie brac kawy z mlekiem(mleko serwuja swieze, wiec niedobrze dla zoladka-sama na sobie wyprobowalam-odradzam).

W okolicach katedry, odkrywamy urocze butiki. Ciezko nam jest kolo nich przejsc obojetnie poniewaz  kolorowe wystawy z pieknymi wyrobami z jedwabiu przyciagaja nasze oczy. Potem udajemy sie do glownej Pagody, czyli miejsca, gdzie buddyjska czesc miasta przychodzi sie modlic. Nastepnie bierzemy taksi i jedziemy do Mauzoleum Ho Chi Minh’a-wielkiego wodza, ktory w Wietnamie otaczamy jest niezwykla czcia. Po drodze mijamy piekne i okazale budynki kolonialne, male restauracyjki i przytulne kafejki. Ta czesc miasta wyglada duzo bardziej zamoznie niz stare miasto i tez ma zupelnie inny klimat. Przed Mauzoleum roztacza sie okazaly plac defilad nad ktorym powiewa ogromna flaga narodowa. Porzadku przed Mauzoleum pilnuja panowie odziani w eleganckie, biale mundury. Na placu defilad spotykamy grupe starszych pan. Po wygladzie wnioskujemy ze z polnocy kraju. Maja na sobie kolorowe spodnice, kolorowe turbany,  zawiazane w charakterystyczny dla gorskich, polnocnych plemion sposob iiiii…czarne zeby, co tez podobniez jest dosc popularnym trendem w miejscu z ktorego pochodza.

Po drodze kupujemy buleczki w pobliskiej piekarni (w Hanoi maja ich sporo i sa bardzo dobre) i spieszymy na lotnisko-z nadzieja, ze w koncu uda nam sie troche odpoczac od halasu w Laosie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: