c) Nha Trang (19-22.02.2011)

 
 
 Do Nha Trang dotarlismy ok 6:30 autobusem sypialnym. Dogodna opcja ze wzgledu na oszczednosc czasu i pieniedzy na nocleg, ale malo wygodna. Lozka twarde, malenkie. Autobus bardzo trzesie, co jakies 2,3 godziny, kierowca zapala swiatlo….ale najwazniejsze, ze dotarlismy szczesliwie i mielismy caly dzien przed soba.Zastanawialismy sie dlugo czy przyjechac do Nha Trang, poniewaz opinie w internecie na temat tej miejscowosci sa bardzo rozne. Jedni twierdza, ze nie mozna pominac tej “perly Wietnamu”, inni, ze jest to miejscowosc przereklamowana, glosna , zatloczona i zasmiecona. Postanowilismy w koncu, przekonac sie na wlasnej skorze, jak jest naprawde.

Nga Trang przywitalo nas pieknym sloncem w niedzielny poranek. Z plecakami ruszylismy w strone plazy, gdzie znajduje sie wiekszosc hoteli i pensjonatow. Jakis naciagacz jezdzil za nami skuterem i pobieral pieniazki od hoteli, do ktorych wchodzilismy. Nie wiemy co mowil osobom w recepcji, ale zdawaly sie byc pewne, ze wlasnie u nich zostajemy.  Nie odpuszczal, jezdzil za nami i co chwila zaczepial proponujac ciagle to inne miejsce. Po pol godzinnych spacerkach, w koncu udalo nam sie zgubic natreta. Ulokowalismy sie w Golden Hotel za specjalna cene dla backpackersow-12 dolarow.

Po ulokowaniu sie w przyjemnym hotelu i krotkim odpoczynku, wynajelismy skuter i udalismy sie w poszukiwaniu kosciola, bo akurat byla niedziela, a Nha Trang znane jest z duzej populacji wyznania katolickiego. Msza w Wietnamie to bardzo ciekawe przezycie. Mimo, ze Msza w jezyku wietnamskim, naprawde bardzo nam sie podobala. Kosciol byl wypelniony po brzegi i nie tylko kosciol, bo i dziedziniec przed nim tez pekal w szwach. Ludzie pieknie, odswietnie ubrani. Przy oltarzu, ksiadz i dwoch chlopcow w komzach i dwoch w bialych koszulach pod krawatami.

Wieksza czesc Mszy, Wietnamczycy spiewaja i nalezy podkreslic,ze pieknie spiewaja. Oczywiscie, nie spodziewalismy sie ze wyjdziemy spokojnie nie bedac zagadnietym przez jednego z wychodzacych. Wietnamczycy sa bardzo kontaktowi i jak tylko maja okazje, to zagaduja, tymbardziej jesli pojawi sie w miejscu, w ktorym glownie sa lokalni, tak jak w tym kosciele.

Tego dnia wczesniej, odwiedzilismy tez plaze. Nha Trang jest typowa miejscowoscia wypoczynkowa. Duzo tu hoteli, salonow spa,  restauracji, barow.  Zanim objechalismy miasto mielismy wrazenie, ze to dosc mala, przytulna miejscowosc, jednak gdy pojechalismy w glab miasta, okazalo sie, ze miasto jest dosc spore. Przyjechalismy tutaj poza szczytem sezonu, wiec ludzi nie bylo duzo ani w miescie, ani na plazy. Plaza piekna, dluga, piaszczysta, woda turkusowo niebieska.  W oddali malownicze gory i pagorki. Naprawde pieknie. Wzdluz plazy jest dluga promenada wysadzona palmami i innymi ciekawymi drzewami, takze miejsce idealne na wieczorne spacerki. Do konca marca w Nha trang sa tez wysokie i silne fale, ale nie przeszkodzilo nam to w korzystaniu z kapieli slonecznych. Pierwszego dnia, faktycznie bylo troche smieci na plaze, ale kolejne dwa dni, juz nie, wiec ciezko powiedziec od czego to zalezy.

Nastepnego dnia,troche ” na sile” szukalismy dzikich plaz i trafilismy na takowa, lecz byla bardzo zasmiecona. Na naszych “czarnym rumaku” (taka nazwa widniala na skuterze) pojechalismy wiec do portu, zeby wzisc lodke na jedna z wysp, gdzie plaze podobiez sa czyste i puste. Taka “impreza” jednak troche kosztuje jesli nie ma przynajmniej 4 osob na lodke, wiec zrezygnowalismy i udalismy sie na wycieczke na polnoc od Nha Trang.  Celem wlasciwie na poczatku bylo dotarcie do jednej z piekniejszych, nieturystycznych plaz, Doc Let, opisywanej w Lonely Planet. W jednym z biur lokalnych, pani jezykiem ciala wytlumaczyla ze to niedaleko. Naszym bledem bylo, ze nie wzielismy ze soba mapy. I tak jechalismy i jechalismy i jechalismy…, po czym pan na stacji benzynowej oswiadczyl, ze do naszego celu jeszcze jakies 25-35km, a ze juz bylo dosc pozno i slonce zaszlo, zrezygnowalismy z poczatkowego planu. Wycieczka nie mniej jednak udana, widzielismy po drodze wioski zajmujace sie glownie uprawa ryzu i hodowla zwierzat. Odkrylismy tez malownicza wioske rybacka, gdzie akurat udalo nam sie trafic na przybycie lodzi z polowow, wiec mielismy okazje zobaczyc takie ryby jakich jeszcze nigdy przedtem nie widzielismy. Miejscowi patrzyli na nas ze zdziwieniem, bo bylismy tam dla nich troche jak te okazy, ktore wlasnie przywiezli, ale bylo sympatycznie. Marcin wpadl na pomysl, zeby znalezc lokalny bar, gdzie przyrzadza mu rybke prosto z morza. Po jakis 20 minutach krazenia udalo nam sie znalezc zadaszenie z 5cioma stolikami. Weszlismy do srodka. Nie widzielismy jak wytlumaczyc pani, ze chcemy rybe, wiec narysowalismy jej rybke na kartce papieru. Pani zniknela na pare minut, a my w tym czasie przyjerzelismy sie miejscu, ktore nie wygladalo na super czyste. Za chwile, pani wrocila z ryba wielkosc maczugi i juz ja chciala wrzucac na grilla za jedyne 5 dolarow, ale w sumie spanikowalismy, ze moze w takim miejscu to moze nie dopieka wiec obawialismy sie , ze znowu nasze rewolucje z zoladkiem powroca. Pozegnalismy wiec mila pania, ale juz pare metrow dalej, mocno pozalowalismy swojej decyzji, bo juz blizej Nha Trang, okazalo sie, ze za 9 dolarow dostalismy cienki plasterek rybki. Wielce rozczarowani i nadal glodni, wrocilismy do Nha Trang. Wieczorem zamowilismy bilety na lodz obwozaca po wyspach w okolicy. We wszystkich mozliwych miejscach, gdzie pytalismy o taka wycieczke, proponowano nam bilety po 15 dolarow. Wczesniej jednak widzielismy czarna biala, nie atrakcyjna ulotke tej samej wyprawy za 7 dolarow. Pani, ktora nas obslugiwala tlumaczyla, ze za 15 dolarow jest na pewno duzo lepiej, ale nie potrafila dokladnie wytlumaczyc dlaczego, wiec zdecydowalismy sie na tansza opcje.

Rankiem bus odebral nas z hotelu i zawiozl do portu. Tam poprowadzono nas na duza lodz, na ktorej byli sami lokalni, jedna para mieszana, Wietnamka z Anglikiem i my. Wszyscy nam sie dokladnie przygladali, my im:) Mielismy przewodnika, ktory po 5 minutach mowienia po wietnamsku, zwrocil sie do nas po angielsku pytajac skad jestesmy.  To byl pierwszy sposob na przelamanie lodow. Po kilku godzinach, bylismy jak jedna wielka rodzina. Co jakis czas widzielismy ze lokalni ukradkiem robili nam zdjecia, ale tez prosili nas czy moga sobie z nami zrobic zdjecia. Ci ludzie, podobnie jak my, byli w Nha Trang na wakacjach. Przesympatyczni, usmiechnieci.Mimo ze wiekszosc nie mowila po angielsku, czasam probowali nam cos powiedziec jezykiem ciala. Gdy mielismy lunch na pokladzie, podszedl do nas jeden z lokalnych i bardzo ladnym angielskim, zaczal opowiadac o ciekawostkach Wietnamu. Wczesniej powiedzial, ze cieszy sie ze przyjechalismy do jego kraju i dal nam swoj email i numer telefonu, gdybysmy potrzebowali pomocy lub szukali porady. Bylismy na 4 wyspach lacznie. Pierwsza wyspa-porazka, komercja, jakies akwarium dla turystow i nic wiecej. Druga przy rafach koralowych-piekna, czysta woda, rafy nie tak zachwycajace jak w Egipcie, ale przyjemnie ponurkowac. Przy trzeciej sie wlasciwie zatrzymalismy na czesc artystyczna wyprawy. Byly spiewy, wyglupy i smiechu co niemiara. Potem nasz wczesniej poznany kolega-Lhong, zagral na gitarze i pieknie zaspiewal piosenke. Na koniec-mielismy “floating bar”, czyli bar na kole. Jesli ktos chcial dostac gratisowego drinka, musial wyskoczyc za burte. Wowczas z gory pokladu zrzucano mu kolo i mogl spokojnie podplynac do baru by cieszyc sie trunkiem z kawalkami ananasa. A co tam, my tez skoczylismy i bylo naprawde bardzo wesolo. Juz nie tyle, ze wzgledu na drinka, ktory okazal sie tanim winem, ale na niesamowita atmosfere wokol baru.

Na koniec poplynelismy na odpoczynek na 4ta wyspe, na ktorej nie bylo nic poza restauracja, lezakami i plywajaca, troche tandetna zjezdzalnia plywajaca na platformie i piekna, przezroczysta woda. Juz calkiem zintegrowani z naszymi wietnamskimi znajomymi, spedzilismy tam swietnie czas.

Dzien zakonczylismy dobrym posilkiem we Wloskiej restauracji ( w koncu troche wieksze porcje:)

Ostatni dzien pobytu w Nha Trang przeznaczylismy na leniuchowanie na piaszczystej plazy i kapiele w cieplutkiej wodzie. W koncu po dlugich polowaniach po Nga Trang, w lokalu Le cafe des Amis, Marcinowi udalo sie dostac pyszna rybe-bialego tunczyka z grilla podawanego z makaronem z czosnkiem. Moja danie z baklazanem moze nie bylo az tak rewelacyjne, ale i tak mozemy z reka na sercu polecic ten lokal, bo jedzonko bardzo tanie i swieze.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: