G) Ninh Binh (27-28.02)

Dzis nad ranem dokladnie ok 5 dotarlismy do Ninh Binh. Nasz nowy znajomy poznany na wycieczce mowil ze warto, w przewodniku pisano ze spokojna, ladna, spokojna wioska, wiec jestesmy.

Napisalismy wczesniej do hotelu proszac o rezerwacje pokoju, wiec gdy podszedl do nas na przystanku starszy pan proponujacy zakwaterowanie obok, odmowilismy grzecznie i ruszylismy w strone centrum. Gdybysmy wiedzieli, ze ten hotel jest tak daleko, pewnie juz dawno siedzielibysmy w pokoiku zaproponowanym przez nieznajomego na przystanku….ale nie wiedzielismy…przypomne ze nasze plecaki juz troche waza, malo co spalismy w drodze, bo autobus niby nie najgorszy i nawet kierowca tak nie szalal, jak to inni wietnamscy kierowcy maja w zwyczaju, ale czuwalismy, zeby nie przespac krotkiego postoju autobusu w Ninh Binh, bo autobus jechal dalej do Hanoi.

Gdy dotarlismy na miejsce, okazalo sie ze hotel jest zamkniety. Pokrecilismy sie pare minut wokol i znalezlismy dzwonek. Otworzyla nam pani, ktora oznajmila, ze pokoj zwolni sie pozniej, ale byla niezwykle mila. Pokazala nam lazienke i zaproponowala kawe i herbate. Odswiezylismy sie nieco, zjedlismy sniadanie, wypozyczylismy motor i ruszylismy ogladac okolice.

Bylismy troche rozczarowani, bo po pierwsze, malownicze pola ryzowe o ktorych slyszelismy okazaly sie byc ok 200km stad, po drugie, to niby spokojne miasteczko, wcale nie jest spokojne, ale glosne i niczym sie nie rozniace od wiekszosci innych wietnamskich miast. Jednak chcieslimy dac mu szanse, wiec wybralismy sie do miejsca,ktore podobniez przypomina zatoke Ha Long.  Faktycznie widoki zachwycaly. Przejrzysta woda, odbijajce sie w niej gory i niezwykle jaskinie. Zdzwilila nas dosc wysoka cena biletu jak na tutejsze warunki-4 dolary od osoby, ale nie mniej jednak warto.

Zapakowalismy sie na jedna z lodek, po czym szybko dosiadly sie do nas 3 panie, 2 starsze, dosc rozkrzyczane i jedna mlodsza. Nie bylismy szczesliwi, poniewaz zwykle Wietnamczycy siedzieli po 3ke, 4ke a sa duzo lzejsi. My oboje z Marcinem plus ciezki plecak troche waza. Starsze panie szczuple tez nie byly, wiec nasza lodz byla lekko podtopiona. Gdy tylko ruszylismy, bystra pani, ktora szybko przejela role szefowej lodzi, zmusila Marcina by przesiadl sie na dziub a sama zasiadla obok mnie i za chwile juz wcisnela mi wioslo w reke, zebym pomogla.

Po paru minutach, stalo sie to, czego sie spodziewalismy, czyli lodka zaczela szybko nabierac wody. „Szefowa lodzi” spanikowala, zerwala sie, przesunela Marcina spowrotem na tyl, po czym pan wioslujacy zarzadzil ewakuacje. Wysiedlismy na jakiejs skarpie i czekalismy az on metalowym kubeczkiem wyleje cala wode ktora naleciala nam do wnetrza lodzi. Trwalo to moze 10-15 minut, po czym ruszylismy, ale tym razem miejscami rozporzadzal wlasciciel lodzi, wiec ja z Marcinem siedzielismy z przodu, mloda dziewczyna za panem a „szefowa” z kolezanka po srodku. To im nie przeszkodzilo, by co chwila nas zaczepiac i poklepywac.Wygladalo na to, ze bardzo chcialy sie zaprzyjaznic, wiec ladnie sie usmiechalismy, chociaz w wiekszosci sytuacji, nie mielismy pojecia o czym nam panie opowiadaja. Chcialy nas nauczyc jakiejs piosenki partyjnej chyba (Wietnam-Ho Chi Minh-czyli imie lidera partii), ale malo skutecznie, potem Marcina zatrudnily do wioslowania i to byla jego funkcja do konca wyprawy. Lokalni co jakis czas nas zaczepiali, machajac, krzyczac lub robiac zdjecia. Gdy wysiedlismy na jednym w przystankow i trzeba bylo wejsc pod dosc stroma gore, Marcin znalazl dwie panie ( a raczej one znalazly jego)ktore zechcialy sie przeholowac na jego ramieniu w gore. Wietnamczycy duzo sie smieja, stale zartuja i sa bardzo bezposredni. Poza tym, bardzo lubia dotykac, pukac po plecach lub klepac. Czasami moze to byc naprawe irytujace, ale dzis nawet niezle sie bawilismy az do konca wyprawy, kiedy to „szefowa”, najpierw pokazala nam ze idziemy razem jesc a potem wyskoczyla z lodzi na brzeg i zaczela glosno krzyczec i pokazywac gestem wskazujacym, ze mamy zaplacic “wioslarzowi”. Domyslelismy sie, ze chodzi o napiwek. Chcielismy mu dac tyle ile sie zawsze daje czyli ok pol dolara, ale panie z lodzi podniosly krzyk, a pan sie skrzywil. Marcin dodal troche, ale panie wydawaly sie jeszcze bardziej zirytowane i „szefowa” zabrala sie do wyciagania pieniadzy z portfela Marcina. Wtedy miarka sie przebrala. Zorientowalam sie, ze chcialy bysmy dali napiwek za cala nasza piatke, czyli 50 tysiecy dongow, czyli 2.5 dolara. Odwrocilam sie w strone pani najglosniej wykrzykujacej-czyli „szefowej” i pokazalam jej tym samym gestem co ona nam, ze ona tez ma placic. Obruszyla ramionami, zrobila mine i otworzyla swoja lakierowana, czerwona torebke. Wygladala na mocno oburzona i zaczela krzyczec cos glosno do kolezanek, ktore tez otworzyly swoje torebki. Skonczylo sie na tym, ze Marcin dal w koncu 20 tysiecy, co tutaj oznacza naprawde sporo, za siebie i za mnie. Zdaje sie, ze gdybysmy przystali na propozycje obiadu z “kolezankami” musielibysmy zaplacic za siebie i za nie. Nie wiemy tez do konca czy chodzilo o napiwek, czy o zaplate za panie (nie mamy pewnosci czy wczesniej tak jak my placily za lodz) czy o jakas zmowe miedzy paniami a wioslujacym. Nie mniej jednak, cala ta sytuacja zardzo nas ta zirytowala, poniewaz chcielismy wierzyc, ze tylko ludzie zwiazani z biznesem turystycznym zachowuja sie tak karygodnie i traktuja bialych jak bankomaty lub instytucje charytatywne, ale jednak nie tylko oni. Zwykle na rynkach czy w sklepach podaja najpierw ceny mocno zawyzone, a jak zaczynamy sie targowac to spogladaja w portfel i czesto staraja sie sami banknoty wyciagac. Przypadek z nauczycielem w Hue(choc nadal nie wiemy czy to byl nauczyciel czy zwykly oszusty), doswiadczenie z ludzmi z obslugi turystycznej i handlarzami, plus to dzisiejsze zdarzenie sprawilo, ze zmeczylismy sie Wietnamem. Mimo ze piekny i ma wiele bardzo milych i szczerych ludzi, to jednak jest w tym narodzie cos, na co trzeba bardzo uwazac.

Zmeczeni i zniesmaczeni, wrocilismy do hotelu, gdzie chwala Bogu, pokoj juz byl gotowy. Nasz pan z recepcji , w przeciwienstwie do wczesniej poznanego towarzystwa jest przemily i zachecal, zebysmy zobaczyli inne piekne miejsca w okolicy, jednak dzis juz nigdzie sie nie ruszamy, bo ochota na dalsze zwiedzanie chwilowo odeszla. Rano kierunek-zatoka Ha Long.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: