6. Malaysia

KUALA LUMPUR

Gdy wysiedlismy z samolotu w Kuala Lumpur, pierwsze wrazenie to duchota. O tej porze roku  jest tu goraco i parno. Szybka kontrola paszportowa, bierzemy plecaki i idziemy przed siebie. Przy wyjsciu widzimy stanowiska oferujace przejazdy do centrum miasta. Juz nasze buzie sie smieja, bo chlopaki  przekrzykuja sie  ktory to ma taniej i przy okazji zartuja. W koncu wybieramy najtansza propozycje, czyli 8 RM (ok 8 zl). Podroz trwa okolo godziny wiec to dobra cena. Gdy ostatecznie znajdujemy autobus jestesmy mile zaskoczeni. Pelen luksus. Siedzenia szerokie jak w samolocie biznes klasy, (w kazdym rzedzie dwa fotele na lewo od przejscia i tylko jeden na prawo ) podporka na nozki, klimatyzacja rewelacyjna a do tego nowy i czysty. Szczerze mowiac to tak wygodnym autobusem jeszcze nie jechalismy. Oj, gdyby takie autobusy byly tez w Kambodzy albo w Laosie…

W 50 minut dojezdzamy do nowoczesnego, rozswietlonego Kuala Lumpur. W oddali widac slynne wieze (Petronas Towers) i wieze widokowa (KL tower). Wieczorem wygladaja naprawde ladnie z tysiacem jasnych lampek. Pierwsze wrazenia to takie, ze jest to bardzo nowoczesne miasto – metro, kolej naziemna, pociagi expresowe, autobusy itd. Srodkow komunikacji publicznej jest naprawde wiele i transport po miescie jest dobrze zorganizowany. Po wyjsciu z autobusu podazamy za tlumem i okazuje sie, ze jestemy w samym centrum na stacji nadziemnej kolejki i szybkiego pociagu. Pamietalismy z przewodnika ,ze najtansze noclegi mozna znalezc w China Town, wiec kupujemy bilety i jedziemy. China town jest oddalona tylko o jedna stacje od centrum, wiec szybko docieramy na miejsce. Urocze to miejsce nie jest…duzo starych budynkow, troche brudne. Okazuje sie jednak, ze do samego China Town trzeba troche dojsc. Po jakis 10-15 minutach, zaczepia nas jakis podroznik: „szukacie noclegu?”, my, ze tak. „ to nie idzcie do China Town, wiekszosc pokoi jest brudnych i wogole nieciekawie. Ja juz zrobilem runde i tu niedaleko znalazlem czysty niedrogi nocleg. Chcecie to wam pokaze”. Z ulga przystajemy na propozycje kolegi (ktory sie okazuje, ze jest sasiadem z Niemiec), bo nasze plecaki po kilkunastominutowym marszu troche ciaza. Wita nas mila para hinuduska. Hostel moze nie wyglada rewelacyjnie, ale pokoje faktycznie sa czyste, lazienki-dzielone z reszta hostelu- mniej, ale nie ma dramatu, wiec zostajemy. Panstwo prowadzacy hostel bardzo sie nami zajeli. Stale pytali czy czegos nam nie potrzeba i za chwile przyniesli nam herbate. W Malezji czas jest przesuniety o godzine do przodu w stosunku do Laosu, wiec nasze poszukiwanie jedzenia zaczyna sie po 23 i konczy-w przypadku Marcina plastikowym hamburgerem, a moim jakimis dziwnymi gotowymi pierozkami  z masa z grochu. Hmmm, no dobre to to nie bylo, ale zoladki chociaz „nie plakaly z glodu”.

Niedzielny poranek. Pobudka ok 9. Tuz obok naszego hostelu jest stary rynek, z 1888 roku, wiec zwiedzanie zaczynamy od tegoz wlasnie miejsca. W tej dzielnicy zdaje sie, ze 80 % ludnosci to hindusi. Rynek wyglada bardzo ladnie. Kolorowe sklepiki i stoiska, restauracje, bary i kawiarnie. Ceny sa mniej wiecej takie jak w Polsce. No i teraz zaczyna sie nasza calodzienna wedrowka wokol KL Tower. Probujemy znalezc wejscie do wiezy, krazymy wokol niej przez kilka dobrych godzin, jak sie okazuje bezskutecznie, bo nadal nie mozemy znalezc wejscia glownego. Po drodze wchodzimy do parku, ktory wyglada jak prawdziwa dzungla, nad glowa lataja motyle a komary straszliwie tna. Szybko wiec stamtad wychodzimy. Godzina juz  popoludniowa, wiec slonce zaczyna grzac niemilosiernie, pot leje sie z czola strumieniami,  wiec dochodzimy do wniosku, ze czas usiasc i cos wypic. Siadamy w klimatyzowanym lokalu w zacienieniu przy fontannach. Urocze miejsce. Tam spedzamy a raczej tracimy sporo czasu, chyba ponad godzine. Odpuszczamy sobie chwilowo poszukiwanie wejscia do Towers i kierujemy sie w strone Petronas Towers. Okolice wszystkich 3 wiez sa bardzo luksusowe, pelne hoteli, drogich restauracji i kawiarni. Szukajac wejscia na Petronas Towers, najpierw ladujemy w wielkim, eleganckim domu handlowym….czego tam nie ma…ja mam ochote oddac sie na chwile „window shopping”, ale Marcin nie podziela mojego pragnienia, wiec konczy sie tylko na obiedzie na jednym ze stoisk w tym luksusowym obiekcie.(na szczescie ceny posilkow nie byly juz takie luksusowe i mozna bylo zjesc pyszny obiadek za jakies 10-15zl).

W koncu udaje nam sie znalezc wejscie do Petronas Towers, ale przy wejsciu juz z daleka widzimy tabliczke: „no tickets left”. Wyglada na to, ze nas ta atrakcja ominie…bo dzis niedziela, a jutro petronas towers zamkniete a pojutrze zapewne juz nas tu nie bedzie.  Troche zasmuceni opuszczamy Petronas i udajemy sie do kosciola, bo w koncu dzis niedziela! Przed kosciolem swietego Jana gromadzi sie spora grupa miedzynarodowa. Sa czarni, chinczycy, japonczycy, malezyjczycy, hindusi i biali. To niesamowite przezycie znalezc sie w tak zroznicowanej etnicznie grupie modlacej sie wspolnie. Msze odprawia ksiadz pochodzenia Malajskiego, a dwoch chlopcow sluzacych do Mszy to Chinczyk i ciemnoskory Afrykanin.

Po Mszy, wracamy do planu A czyli dostanie sie do KL tower. No w koncu-my to my, tak szybko nie odpuczczamy. Blyska sie i w oddali burza, a my maszerujemy i maszerujemy. Pytamy kolejne osoby jak tam dojsc. Po drodze zdajemy sobie sprawe, ze po poludniu szlismy do wiezy naokolo, nadrabiajac kilka kilometrowJ Okolo godziny 21 w koncu  udaje nam sie znalezc wejscie!Yupi! Czujemy sie prawie jak „zdobywcy Everestu”. Zmeczeni, spoceni ale szczesliwiJ

Na miejscu okazuje sie, ze wieze zamykaja okolo 22 i w aparacie padla bateria. No coz…dzis nie bylo nam dane ogladac panorame  Kuala Lumpur z KL tower, ale jutro z samego rana wracamy! Tym razem juz bez problemuJ

Do 3 nad ranem porzadkowalismy zdjecia, wiec poranek zaczal sie blisko poludnia, czyli ok 10. Od razu kierujemy sie na KL Tower, by zobaczyc widok miasta. Warto! Niesamowity! Spedzamy tam sporo czasu w milym chlodzie klimatyzacji. Potem schodzimy na dol, gdzie znajduje sie zoo. Nie przepadamy za parkami zoologicznymi,  ale zagladamy tam na chwile, gdyz bilet wstepu wliczony jest w cene wjazdu na KL tower.  Nawet ciekawie bylo zobaczyc kilka rodzajow pytonow i wezy oraz piekne kameleony, ktore nawiazaly z nami kontakt wzrokowy, chociaz wolelibysmy by przebywaly w swoim srodowisku naturalnym.

Grzeje jak wczoraj, ciezko oddychac.Marcin zalicza dzis wizyte u dentysty  – gabinet i poziom obslugi naprawde na najwyzszym poziomie. Niestety ceny uslug medycznych podobnie… Po poludniu zaczyna lac. Utknelismy wiec na dworcu kolejki nadziemnej na godzine. Nastepnie udajemy sie w strone muzeum narodowego i Lake Gardens. Wogole nie ma tutaj przejsc dla pieszych. Aby dostac sie z dworca do muzeum a potem do parku, trzeba przejsc przez lobby hotelu Meridien lub Hilton, a potem cienkim skrawkiem betonu przy autostradzie do malych schodkow a nastepnie przebiec przez wydeptana sciezke na druga strone. Niestety, muzeum jest juz zamkniete, wiec udajemy sie do Lake Gardens. W parku spotykamy pare hindusow, ktorzy probuja wyperswadowac nam spacer przez 15 minut . Zastanawiamy sie dlaczego, ale juz za pol godziny odkrywamy powod. Poki co, postanawiamy nie zawracac i wyjsc z parku z drugiej strony, skad chcemy wrocic do hostelu. W parku zastaje nas mrok. Jest tu naprawde tropikalnie, wlasciwie to bardziej sie czuje jak w zagospodarowanej dzungli niz w parku. Slychac ptaki i cykanie owadow. Komary tna tak bardzo, ze szybko weryfikujemy nasze zamiary udania sie w glab dzungli na wschodzie kraju za pare dni, bo to czego tu doswiadczamy nam w zupelnosci wystarczy. Kiedy w regionie wystepuja obfite opady przez kilka dni nie jest to  najlepsza pora na zwiedzanie regionow zalesionych. Przyspieszamy kroku, zeby jak najszybciej opuscic lokalna „dzungle”, ale sytuacja wyglada podobnie jak nasza przeprawa z parku do centrum-czyli w tej strefie chwilami chodnikow brak. Ciezko sie tutaj odnalezc pieszemu.Czyzby wszyscy mieszkancy  KL byli zmotoryzowani…? Ladujemy na wielkim skrzyzowaniu nad torami kolejowymi gdzie nie ma chodnika. Spoceni, zmeczeni denerwujemy sie na siebie nawzajem i czujemy sie troche bezradni. Marcin zauwaza malo widoczny kraweznik. Tym sposobem docieramy na druga strone miasta. Ufff…w koncu. Stamtad juz bez problemu docieramy do hostelu znajdujacego sie miedzy dzielnica chinska a hinduska.

KUANTAN< TULUK CHEMPEDEK AND CHERATING

Rano zaczynamy nasza wyprawe do Kuantan. Dwa razy zmieniamy linie metra, potem bierzemy szybki pociag i ladujemy w koncu na stacji autobusowej. Za chwile siedzimy juz w wygodnym autobusie na trasie do Kuantan. Straszliwie trzesie, ale widoki za oknem bardzo ladne. Wiekszosc trasy to gory porosniete tropiklanymi lasami.  Doszlismy do wniosku juz dzien wczesniej, ze nie zostaniemy w miescie Kuantan, ktore jest dosc duze i glosne, ale od razu pojedziemy na oddalona o 6km plaze Teluk Chempedak. Bierzemy wiec taksowke z dworca w Kuantan (do Tuluk nie ma autobusu lokalnego) i prosimy by nad podwiozla do polecanego przez Lonely planet hostelu. Hostel wyglada gorzej niz zle a ceny maja z kosmosu-od 90 RM (czyli ok 90zl za pokoj). Sprawdzamy inne pensjonaty w okolicy i nie wiemy czy smiac sie czy plakac. Stan pokoi jest tragiczny. Brudno, czesto tynk odpada ze scian z nadmiaru wilgoci i grzyba a ceny miedzy 80RM-150RM. Dochodzimy do wniosku, ze chyba jednak tu nie zostaniemy.  Nie mniej jednak, chcemy zobaczyc plaze i moze cos zjesc zanim udamy sie w dalsza podroz. Korzystamy wiec z uprzejmosci hotelu Regency, ktory godzi sie na bezplatne przechowanie naszych bagazy. Wiekszosc plazy jest wydzielona dla Regency Hotel, a druga waska czesc plazy zagospodatowana jest przez dwa bary-w jednym oferuja 3 czy 4 dania i generalnie jest pusto, w drugim dania z przyprawa Magi, co akurat dla nas nie brzmi zachecajaco, poza tym jest McDonald i KFC, acha zapomnialabym o szaletach publicznych w oplakanym stanie. To by bylo na tyle.  Z braku laku, wybieramy bar serwujacy dania z przyprawa Magi. Nic rewelacyjnego. Zabieramy plecaki z Regency i wracamy na stacje, skad bierzemy lokalny autobus do Cherating. W autobusie pelen scisk i zdaje sie, ze wzbudzamy zainteresowanie wsrod stojacych obok. Najwidoczniej turysci wybieraja zwykle inne srodki transportu, gdyz bylismy jedynymi obcokrajowcami. Po poltorej godziny wysiadamy w Cherating. Jest juz ciemno, wokol dzungla. Wysiadamy wraz ze starsza para z Singapuru, z ktora potem wielokrotnie sie spotykamy w Cherating. Razem szukamy noclegu. Pierwszy obiekt-dramat. Drewniane budki, zaniedbane  i brudne. Jedna ok 40-50 zlotych, wiec wcale nie tanio. Idziemy dalej. Wiekszosc miejsc podana w przewodniku jest juz zajeta, ze wzgledu na ferie  szkolne. Wydaje nam sie troche dziwne, ze na ulicach nie ma prawie nikogo, jest pusto i glucho, a wszyscy informuja ze szczyt sezonu i miejsc noclegowych brak. W koncu udaje nam sie wynegocjowac znizke w troche drozszym obiekcie, ktory sklada sie z szeregu drewnianych domkow w bardzo pieknie zadbanym ogrodzie ze stawem.  Domek podobnie jak inne nie zachwyca czystoscia. Mimo ze pora jest teoretycznie sucha, odnosimy wrazenie ze znalezlismy sie w porze monsunowej, bo co kilka godzin pada. Pewnie z tej przyczyny, posciel wydaje sie slizga i wilgotna. Marcin zauwaza na scianie karalucha wielkosci ¾ malego palca. Za chwile pojawia sie jego przyjaciel, ale gdy zauwaza ze domek juz zamieszkaly, szybko sie wycofuje. Odwiedzaja nas rowniez jaszczurki i mrowki, wiec mamy towarzystwo. Noc jest dla nas dosc ciezka,nie tylko ze wzgledu na zaduch, ale tez na rozne odglosy dochodzace z zewnatrz. Ptactwo i insekty lubia najprawdopodobniej urzadzac koncerty pozna pora. Rankiem ogord ze stawem wygladaja przeuroczo. Teraz dopiero widac jak blisko jest pusta plaza. Pusta doslownie. Poza nami, nie ma w poblizu  nikogo. Woda jest niesamowicie ciepla i spokojna jak jezioro. Udajemy sie wiec  na szybkie sniadanko, by jak najwiecej skorzystac z tego co oferuje Matka Natura. Na sniadanie serwuja tutaj bardzo dobre cienkie placuszki w wersji  na slodko z bananami lub na ostro z wedlina, liub serem i cebulka. To co rowniez mozemy polecic to swiezo wyciskane soki z najrozniejszych owocow, tanie i pyszne. Miedzy sniadaniem a naszym wyjsciem na plaze, znowu pada. Robimy wiec rozeznanie w noclegach, bo miejsce w ktorym jestesmy niebardzo nam przypadlo do gustu. Na dluzej zatrzymujemy sie  u jednego pana, ktory co prawda miejsc noclegowych nie ma, ale przestrzega nas  przed komarami w wiekszych miastach. Opowiada drastyczna historie jak jego siostra, ktora mieszkala ok 15km od Kuala Lumpur umierala na denge. Daje nam wskazowki gdzie i o jakich porach nalezy uwazac. Reszta dnia uplywa na plazowaniu i kapielach.  Wieczorem odkrywamy rewelacyjne miejsce, gdzie za niska cene serwowane sa swieze rybki z grilla i dary morza. Uradowani uczta z darow Neptuna, idziemy na wczesniej zarezerwowana wyprawe wzdluz rzeki na show swietlikow.

Kolo godziny 20, w agnecji zbiera sie duza grupa osob, zlozonych z doroslych i dzieci w roznym wieku i zaczyna sie wyklad na temat swietlikow. Dowiadujemy sie, ze swietliki komunikuja sie za pomoca swiatelka, ktora swieci w bardzo rozny sposob, choc te roznice nie sa widoczne dla naszego oka. Glownie uzywaja swiatelka by porozumiec sie z plcia przeciwna lub by ostrzec przed niebezpieczenstwem. Potrafia byc  tez  zsynchronizowane, co  mozna zaobserwowac podobniez na drzewie,  ktore najpierw rozblyskuje swiatelkami od dolu korony, potem od srodka a potem rozblyskuje caly czubek. Swietliki maja zwykle bardzo krotki okres zycia, srednio 4 dni albo krocej. Samiec ginie zaraz po zaplodnieniu samicy, a samica zaraz po zlozeniu jaja. To w duzym skrocie byloby tyle z tego czego sie dowiedzielismy od wielkiego pasjonaty, ktory na temat swietlikow na swiecie i ich zachowan pisze prace. W czasie gdy my z zainteresowaniem przysluchiwalismy sie historiom o swietlikach, na zewnatrz rozpadalo sie na dobre. To jednak nie zniechecilo nikogo z obecnych, by udac sie na ten niezwykly pokaz o ktorym tyle przed chwila slyszelismy. Pan nas poinformowal, ze bardzo podniosl sie poziom rzeki i nie damy rady przeplynac pod mostem wiec nie mozemy plynac bezposredni o na miejsce zamieszkale przez swiecace cuda, ale najpierw samochodzami nas dowioza do mostu i tam bedziemy kontynuowac wyprawe. Leje coraz mocniej. Juz jestesmy przemoknieci do suchej nitki. Nikt z nas nie ma parasola. Pasjonat jednak nie poddaje sie i sugeruje, ze powinnismy przejsc pod mostem, gdzie czekaja lodzie. Ciemno, glucho, slychac tylko strugi deszczu glosno spadajace do rzeki. Waskim, niskim i slizkim przejsciem pod mostem  przedostajemy sie na druga stone. Smiejemy sie z tej malezyjskiej organizacji wyprawy. To co wydawalo sie latwa i przyjemna wycieczka, zamienilo sie w prawdziwa przeprawe w ciezkich warunkach. Pan z trudem dociagnal lodzie i poprosil by usiasc na mokrych siedzeniach, jego zona wyjela parasolki. Niestety szybko musielismy je schowac, poniewaz  lodz dryfowala tuz pod kablami elektrycznymi. Bylo naprawde ciekawie… Pan pasjonat poswiecil latarka w strone krolestwa swietlikow, ale nie odpowiadaly, wiec stiwerdzil, ze jednak pada zbyt mocno, wiec zawracamy a on zwroci nam koszty wycieczki. Bylismy cali mokrzy, ale szczesliwi. Bylo niesamowicie wesolo. Gdy juz wrocilismy do agencji, pan zapytal Marcina: „

– a wy w Polsce macie swietliki?

 -tak

 -Naprawde? A jakim swiatlem swieca?

-Bialym

-Niesamowite! Jeszcze o czyms takim nie slyszalem

-Musi pan przyleciec do Polski

-No chcialbym. Niesamowite, bialym swiatlem

Marcin sobie zartowal, ze powinen byl powiedziec ze rozowym, by zobaczyc jeszcze wieksza konsternacje u przemilego pana.

W naszej przeprawie do drzewa swietlikow poznalismy bardzo sympatyczna pare z Holandii, ktorzy podrozowali po Malezji juz od kilku tygodni. Zasugerowali, ze na naszym miejscu spedziliby wiecej czasu na Perhantian Islands, dlatego postanowilismy, ze od rana zbieramy sie z Cherating i plyniemy na wyspy.

Cala noc nie spalismy, bo malpy urzadzily sobie tance na dachu naszego drewnianego domku. Szczerze mowiac, nie wiemy juz czy byly to tance czy zawody w stylu „kto dalej rzuci kokosem”, bo momentami byly takie  glosne lupniecia, ze mielismy wrazenie, ze zaraz ktoras zrobi dziure w dachu i wpadnie do domku razem z kokosem…. Kto wie, moze nawet zadowolona malpa popijajaca przez slomke mleko kokosowe zaproponuje przylaczenie sie do zabawy….? J

Rano ruszlismy z plecakami w kierunku agencji, by kupic bilety na autobus do Jertah, skad mielismy przedostac sie do Kuala Besut a potem lodzia na Perhentian. Po drodze zagadal nas wlasciciel domkow,, gdzie nocowalismy, proponujac podwozke na przystanek autobusowy. Doradzal, ze bilet mozna kupic w autobusie, wiec przystalismy na jego propozycje. Gdy juz dojechalismy, zapytalismy sie czy wie o ktorej jest autobus, odpowiedzial, ze nie wie. Ciekawie. Wygladalo na to, ze moglismy tam sterczec na tym pustkowiu przez pol dnia. Nie bylo wyjscia. Zdecydowalismy sie na pieszo wrocic do wioski z plecakami. Bylo parno i goraco, bylismy spiacy i zmeczeni, co spowodowalo zmiane naszej decyzji. Postanowilismy zostac jeszcze jedna noc i wieczorem udac sie na nocny targ z jedzeniem w sasiedniej miejscowosci.

Caly dzien spedzilismy na plazy, a wieczorem  zabralismy sie z wlascicielem domkow i jego synem na uczte lokalnych przysmakow. Bylo niesamowicie. Mielismy okazje sprobowac roznosci malezyjskiej kuchni za bardzo niska cene (1-3zl za porcje). Trudno tu wymienic co probowalismy, ale wrocilismy bardzo najedzeni i bardzo zadowoleni.

PERHENTIAN ISLANDS (KECIL)

Na wyspy Perhentian  wyruszylismy z Cherating pierwszym autobusem o 8:00 rano. Na przystanku spotkalismy malzenstwo Anglikow w srednim wieku z ktorymi bylismy dzien wczesniej na „festivalu lokalnej kuchni”. Autobusy w Malezji sa naprawde wygodne, wiec 5-cio godzinna podroz  uplynela nam calkiem przyjemnie.  Spora czesc drogi przespalismy. Ocknelismy sie wraz z trojka  innych pasazerow, ktorzy mieli bilety takie same  jak my do Jerteh, skad mielismy sie przesiasc do Kuala Besut a stamtad wziasc lodz na Perhentian. Przejechalismy przez Jerteh a kierowca nawet sie nie zatrzymal. Gdy zorientowalismy sie, ze wyjechalismy juz z miasta, bylismy 10km od centrum Jerteh. Prosilismy by zawrocil, ale bezskutecznie. Zatrzymal sie na drodze i nas wysadzil wskazujac, zebysmy zlapali sobie taksowke. Czekalismy i czekalismy, ale taksowki nie bylo. Po 20-30 minutach zauwazylismy autokar. Wszyscy zaczelismy machac i na szczescie sie zatrzymal. Jechal przez Jerteh wiec bylismy uratowani. Po dotarciu na dworzec, naprawde ucieszylismy sie, ze nie skorzystalismy z opcji „full package” jak nasi znajomi, ktorzy wykupili przejazd autobus-taxi-lodz. Zaden z obecnych tam kierowcow nie byl chetny by uznac kupon. Po dlugich rozmowach i obietnicach skladanych przez wspoltowarzyszy, ze agnecja zaplaci, w koncu jeden z nich zdecydowal sie jechac. My bez problemu znalezlismy taksowke za taka sama cene jaka oni zaplacili. Nasz kierowca byl rewelacyjny. Starszy dziadek, ponad 60 lat, bardzo rozmowny i wesoly. Pierwsze pytanie:

-maz i zona?

-tak

-dzieci?

-nie, jeszcze nie

-nie jestescie rozsadni. Ja mam 11cioro dzieci. Wspanialych dzieci. Ucza sie i pomagaja ojcu.

– Wow! 11cioro to sporo

-No ale mam tez dwie zony! My tu mozemy miec wiecej zon, a Wy chyba katolicy?

-tak

-wy mozcie miec tylko jedna…

-ale zeby miec tyle dzieci to tez trzeba miec je z czego utrzymac

-mi wystarcza 25 RM (ok 25zl) dziennie na utrzymanie rodziny . Jak mi braknie, dzownie do syna prawnika, albo syna lekarza i mi zaraz przesylaja ile potrzebuje. Dobre zycie. Alee…wy ile macie lat?

-31,32

-no to juz pozno. Chociaz 6cioro to musicie miec!

-hihihi. A ma pan wnuki?

-oczywiscie. 16  wunczat

-to bogaty pan w rodzine.

-hihihi. Taaak… wiecie, ja tez znam Jezusa, ale Muhamed czy Jezus, ten sam Bog. Ide do mekki i tez widze, bialych, czarnych, zoltych, duzych i malych jak ja. Wszyscy mamy jednego Boga.

-a tu sie z panem zgadzamy!

Tak mniej wiecej wygladala nasza pogawedka z przemilym starszym panem. Byl niezwykle gadatliwy i wesoly. W koncu podwiozl nas pod agencje i mowi: „oni sa dobrzy i tani. Jedzcie z nimi!”.

Wynegocjowalismy nizsza cene, zaoszczedzajac 10RM od osoby. Do odjazdu mielismy jeszcze godzine, wiec poszlismy na szybki lunch. Dania na zdjeciach wygladaly super atrakcyjnie,(niestety nie bylo widac jak bardzo sa pikantne…) wiec gdy nam je  podano to malo nie przepalilismy przelykow. Marcin zaczal jesc pierwszy, ale gdy zobaczylam jak przybiera rozne odcienie czerwieni i fioletow, poprosilam kelnerke by zmienila nam na wersje bez chilli. Slyszelismy, ze dla nie przyzwyczajonych zoladkow, takie akcje moge sie skonczyc szpitalem, wiec lepiej bylo nie ryzykowac.

Po godzinie, siedzielismy juz na lodzi. Kazano nam zalozyc kamizelki ratunkowe i dobrze zapiac. Zdziwinilsmy sie troche na poczatku, ale juz chwile pozniej zrozumielismy dlaczego taki byly zalecenia. Kierujacy lodzia pedzil jak szalony, podczas gdy na morzu byl prawdziwy sztorm. Wial silny wiatr a ogromne fale rozbijaly sie w roznych kierunkach. Mielismy tego pecha, ze siedzielismy jako pierwsi na dziobie, wiec gdy lodka podskakiwala na falach kilka metrow nad ziemia, my rowniez lecielismy do gory. Bylismy cali mokrzy i poobijani, a nasz sternik nie chcial zwolnic mimo usilnych blagan. Uderzylam glowa dziewczyne, ktora malo co nie stracila okularow, Marcin uderzyl glowa o dach. Naprawde nie bylo mi do smiechu. Na lodce panowala cisza. Kazdy skupial sie tylko na tym, by nie wypasc z lodzi i zamortyzowac sile upadku na siedzenia. Po godzinnej jezdzie, bylismy szczesliwi, ze przezylismy, lodka sie nie przewrocila i zadne z nas nie wypadlo, ale tez zadne z nas nie mialo ochoty plynac na duza wyspe. Wszyscy wysiedlismy w pierwszym porcie-czyli na malej malej wyspie.

Wygladalismy oboje nieciekawie. Cieklo nam z przemoczonych plecakow, cieklo ze nogawek i rekawkow. Weszlismy do pierwszego resortu po drodze. Poprosilismy o najtanszy pokoj. Okazalo sie, ze jest z grzybem. Wytlumaczylismy panu z obslugi, ze ze wzgledu na astme, nie moge zostac w takim pokoju. On na to, ze tylko drozsze pokoje z klimatyzacja nie maja grzyba i ze jesli chcemy taki dostac taniej, musimy porozmawiac z managerem. Manager okazal sie niezwykle milym czlowiekiem. Na poczatku chcial nie chcial spuscic z ceny, ale Marcina umiejetnosci negocjacyjne okazaly sie bardzo pomocne i ostatecznie dostalismy piekny pokoj delux z klimatyzacja i ciepla woda oraz tarasem z suszarka za cene malego pokoju z wiatrakiem, grzybem i zimna woda. Bylismy cali szczesliwi.

Szybko sie wysuszlismy, rozwiesilismy mokre ubrania i reszte dnia spedzilismy odkrywajac lokalna plaze oraz restauracje z rybami z grilla.

Kolejny dzien – utwierdzamy sie w przekonaniu, ze jestesmy w cudownym miejscu – prawie jak w przyslowiowym raju. Jest tu po prostu przepieknie.  Caly dzien spedzilismy na plazy Long Beach po drugiej stronie wyspy, korzystajac z kapieli slonecznych. Troche sie spieklismy, ale i tak bylo super!

Dzien trzeci zaczal sie wspaniale. Swieci slonce i o dziwo, dzis w nocy nie pogryzly nas moskity.

Zbieramy sie szybko i wychodzimy. Mamy umowiona lodke na nurkowanie w Amelii (Amelia to agencja turystyczna, resort z domkami i bar w jedynym).

W Amelii leniwie plynie  czas. Zaloga siedzi przy stolikach i dopiero jak zbiera sie wiecej osob, powoli sie podnosi  i podchodzi do klientow z menu. Sniadanko jest wliczone w cene wycieczki. Z racji panujacych tu obyczajow, sniadanko rozciaga sie w czasieJ nastepnie bierzemy maski i pletwy i hop do lodki.

Pierwszy przystanek-zatoka ryb. Jest po prostu rajsko. Wszelakie rybki roznego ksztaltu, wielkosci i koloru plywaja kolo nas. Nie uciekaja, czasem ktoras zatrzyma sie na chwile i spojrzy gleboko w oczy nurka. Rafy tutaj sa bajecznie kolorowe. Przy dluzszej obserwacji,  latwo zauwazyc ze rafa zyje i co jakis czas wysuwa kolorowe kwiaty czy tzw. kolorowe gabki (sponges), ktore nagle chowa, gdy podplywa blizej ktoras z ryb.

Przystanek drugi-zatoka rekinow. Dlugo siedzimy na lodzi, zanim ktores z nas decyduje sie wyskoczyc z lodki. Sternik  zartuje sobie. Trzy razy pytamy, czy te rekiny na pewno nie sa miesozerne i czy jest prawdopodobienstwo, ze ktorys miesozerny tu zabladzil.  W koncu sam wskakuje pierwszy do wody i krzyczy: „za mna!”. Nie ma wyjscia, zakladamy maski i plyniemy  za nim.  Nam z Marcinem udaje sie zobaczyc dwoch „ morskich wegetarian”. W tej zatoce, ryby sa duzo wieksze i jeszcze bardziej kolorowe. Mnie najbardziej podobaja sie teczowe z niebieskimi odblaskowymi pletwami. Sa tez tu znane nam z malych akwariow rybki klauny. Male i duze. Sa tez „ryby szpady”  ktore polyskuja na niebiesko-srebrno w sloncu.Mielismy szczescie zobaczyc ich cale lawice. Na powierzchni plywaja mniejsze rybki, biale w paski, ktore tez polyskuja na rozne kolory i lawice malenkich szybko przemieszczajacyh sie rybek ,ktore delikatnie  gryza, czy szczypia pyszczkiem. Przypominaja te, ktore w Tajlandii wykonuja przybylym gosciom pedicure. Jest tak pieknie, ze nie przeszkadza nam fakt,  ze co jakis czas ktoras z nich mylac nas z pokarmem dziabnie nas w plecy. Ten podwodny swiat jest po prostu niezwykly.

Przytanek trzeci-zatoka plywajacyh zolwi. Siedzimy na lodzi i czekamy. W koncu slyszymy: „Jest! Szybko wyskakiwac!”. Juz za chwila nasza 8-osobowa grupa podaza za pieknym, majestatycznym zolwiem (zwanym leatherback turtle). Zbizamy sie do niego dosc blisko. Zolw na chwile  zatrzymuje sie  i spoglada na nas wymownym wzrokiem jakby chcial powiedziec „widze, ze podoba Wam sie moja piekna skorupa. Pewnie zalujecie, ze sami takiej nie macie…” J Po krotkiej prezentacji w stylu „top models” nasz piekny zolwik powoli odplywa przesuwajac sie poteznymi lapami. Niesamowite przezycie byc tak blisko takiego wielkiego zolwia. Polecamy goraco!

Przystanek czwarty-lunch we wiosce rybackiej.  Gdy docieramy, wokol tego miejsca rozlega sie glosne zawodzenie. To wezwanie do modlitwy, ktore sprawia ze wioska nabiera specyficznego klimatu. Sternik wskazuje miejsce lunchu. W sumie nie jestemy glodni, wiec bierzemy cos malego i idziemy zwiedzac miejsce do ktorego wlasnie przybylismy. Gdy skrecamy w boczna uliczke, trafiamy na szkole i akurat wychodzace z niej dzieci. Wszystkie ubrane od stop do glow. Dziewczynki maja mocno zapiete husty pod szyja, chlopcy sa w dlugich szatach. Mijamy tez po drodze sporo plakatow ostrzegajacyh przed denga i wskazujacych sposoby na ograniczenie rozprzestrzeniania sie choroby. Wydaje sie, ze ich stroje pelnia wiec podwojna funkcje. Nie tylko sa znakiem gorliwosci mieszkancow, ale tez chronia ciala dzieci przed  mocnym sloncem i  smiercionosnymi ukaszeniami komarow (te ktore przenosza denge, czyli goraczke krwotoczna wygladaja troche inaczej. Sa tej samej wielkosci co normalne, sa czarne i maja biale kropki-widzielismy jednego z bliska, gdy wlecial nam do pokoju). Dzieci co chwila nas zaczepiaja, pytaja gdzie idziemy, krzycza cos do siebie i smieja sie, ale godza sie w koncu nam zapozowac do zdjecia. Po przejsciu przez wioske od bocznej uliczki wychodzimy na urokliwa plaze, z bialym piaskiem mialkim jak maka i lazurowa woda. Kolorowe lodzie w tej scenerii tworza piekna calosc.

Zostajemy tam okolo godziny a nastepnie odplywamy do kolejnego punktu wycieczki-czyli do latarni. Zastanawiamy sie najpierw  dlaczego przywieziono nas do malo ciekawej latarnii. Pytam sie sternika a on na to: „skacz, zobaczysz!”. No i zobaczylam. Rafa tutaj jest chyba najbardziej kolorowa. Kolorowe stworzonka zyjace na rafie sa i biale i zolte,  rozowe i fioletowe. Jest tez kilka poziomow zielono-fioletowych malych wysepek. Nie wiem jak to sie fachowo nazywa, ale wyglada jak podwodny mech. Wrazenie nie do zapomnienia.

Ostatni przystanek to Romantic Beach. Ta plaza jest naprawde rajska. Piasek jest pieknie bialy i mialki. Woda ma kilka odcieni lazuru. Brzeg uslany jest palmami a po prawo od plazy znajduja sie skaly z mini wodospadem, ktory wspaniale chlodzi i pozwala obmyc sie z soli. Oj jak chcielibysmy zostac tutaj dluzej….

Po wycieczce poszlismy na nasza hotelowa plaze, ktora jest nieduza, pelna kawalkow koralowca, wiec duzo wygodniej spaceruje sie w klapkach, ale rownie urocza.

Dzien konczymy ogladaniem zachodu slonca z punktu widokowego Shari-La i decyzja, ze jednak nasz pobyt tutaj przedluzamy o jeszcze jeden dzien.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: