9. Chile

Jestesmy w Chile i bardzo nam sie tutaj podoba. Miasto Santiago przywitalo nas piekna, sloneczna pogoda. Santiago ma w sobie taki czar, ktory sprawia ze ciezko stad wyjechac. Spedzilismy tam az 4 dni, choc zwykle mowi sie, ze wystarczaja 2 dni by zobaczyc miasto.

Po calonocnym locie, udalismy sie do hostelu, znalezionego wczesniej w internecie. Niestety,z hostelu, ktory nazywal sie (o dziwo!) eco hostel, wydobywal sie tak intensywny zapach chemikaliow do eliminacji pluskw, ze nie bylismy w stanie tam wytrzymac dluzej niz 5 minut. Mily pan w recepcji skierowal nas do innego pobliskiego hostelu, o nazwie Santa Lucia, ktory byl duzo przyjemniejszy niz nasz pierwszy wybor, wiec zostawilismy tam plecaki i po szybkiej kapieli, udalismy sie na zwiedzanie miasta.

Miasto urzeka pieknymi, zabytkowymi budynkami, przemilymi ludzmi na ulicach, ktorzy zawsze chetnie chca pomoc oraz atmosfera, ktorej nie da sie opisac.

Wieczorami wszystkie baru i restauracyjki sa pelne wesolych ludzi. Nam polecono restauracje peruwianska-ktorych jest bardzo duzo w Santiago i to bylismy bardzo zadowoleni z rekomendacji. Restauracja Victoria na rogu ulic San Domenico i San Poblo jest rewelacyjna. Domowe danie, gigantycznych rozmiarow po przystepnych cenach.

Spacerujac ulicami centrum, nagle poczulismy silny zapach w powietrzu powodujacy drapanie w gardle i lzawienie oczu. Marcin mowi: ” to gaz pieprzowy”. Potem zobaczylismy kilka radiowozow przy Piazza Italia i mnostwo ludzi. Okazalo sie, ze lokalna ludnosc zebrala sie licznie (ponad 300 osob bralo udzial tego dnia w manifestacjach), by wyrazic swoje niezadowolenie z powodu podpisania przez Prezydenta zgody na budowe tamy i kilku elektrowni w najpiekniejszej czesci Chile, czyli Patagonii.

Ludnosc rozeszla sie po paru godzinach, ale to nie zniechecilo protestujacych do zorganizowania kolejnego manifestu nastepnego dnia.

Nie bralismy czynnego udzialu w tej manifestacji, choc calym sercem popieramy protestujacych. Zamiast na manifestacje, udalismy sie na “free tour” (czyli “darmowa” wycieczke po miescie, pisze darmowa w cudzyslowiu, poniewaz malym drukiem na ulotce bylo zaznaczone, ze przewodnicy utrzymuja sie z napiwkow). Wycieczka po miescie byla rewelacyjna. Felipe (ktory jest tez aktorem) bardzo zywiolowo opowiadal o sytuacji polityczno-gospodarczej kraju, o burzliwej historii z sasiadami-Boliwia, Peru i Argentyna, oraz o historii miasta. Zaczelismy od placu glownego przy starej katedrze, z historycznym budynkiem poczty oraz muzeum historii Chile. Nastepnie udalismy sie pod palac Prezydencki, gdzie dowiedzielismy sie wiecej o problemach politycznych kraju (i o rosnacej niecheci ludnosci do obecnego Prezydenta). Nastepnie odwiedzilismy piekny budynek Opery, obecnie czesciowo restuarowany, budynek slynnego prywatnego uniwersytetu (w Chile placi sie za studiowanie, niezaleznie od tego czy uczelnia jest panstwowa czy prywatna, wiec nie ma tak dobrze jak w Polsce), ulice ochrzczona nazwa Nowy Jork, ktora prowadzi do historycznego budynku Gieldy (dzis wiekszosc tranzakcji gieldowych odbywa sie w innej czesci miasta, lecz ze wzgledow historycznych, budynek w centrum miasta nadal w pewnym stopniu funkcjonuje jako gielda), fontanne w parku, ufundowana przez spolecznosc niemiecka dla miasta Santiago w rocznice odzyskania niepodleglosci przez Chile (rzad Chile chcac zasiedlic tereny Patagonii, gdzie lokalna ludnosc nie chciala mieszkac, wyslali swojego czlowieka do Niemiec, ktory mial namawiac tamtejsza spolecznosc do kupowania taniej ziemii i zasiedlania Patagonii, plan sie powiodl i stad ten pomnik). Kolejnym punktem wycieczki byl rynek z wyrobami recznymi, gdzie zatrzymalismy sie, by sprobowac pisco (chilenski alkohol, z cytryna i lodem) oraz cos przekasic. Felipe pokazal nam tez najlepsza w miescie lodziarnie (ktorej nie omieszkalismy nie odwiedzic zaraz po wycieczce) oraz uniwersytecka dzielnice, gdzie mozna dobrze i tanio zjesc oraz dom slynnego noblisty-Pablo Neruda.

W nastepnych dniach odwiedzilismy tez Uniwersytet Chile (najwiekszy w miescie), wzgorze San Christobal, ktore jest miejscem kultu dla lokalnej ludnosci. Ze wzgorza na miasto, patrzy olbrzymia statua Maryji. U stup Maryji, znajduje sie kapliczka, a ponizej kosciolek i oltarz, gdzie Ojciec Sw-Jan Pawel II odprawial Msze sw, gdy przybyl na pielgrzymke do Chile. Obok miejsce, gdzie ludzie zostawiaja wota i wmurowuja dziekczynne tablice za otrzymane laski. Dziwne rzeczy mozna tam zobaczyc…kawalek warkocza z karteczka, smoczek dziecka, gumke do wlosow, spinki, medaliki i inne ciekawostki…W drodze powrotem troche zablodzilismy i w efekcie szlisci dwa razy dluzej i wyladowalismy po drugiej stronie miasta. Zupelnie przez przypadek znalezlismy sie przy kosciele swietej Rodziny gdzies miedzy domkami. Marcin mowi: “dzis niedziele, idz sie dowiedz czy akurat jest Msza”. Stal tam jakis ksiadz, ktory do mnie podszedl i cos zaczal mowic szybko po hiszpansku, a ze ja nigdy nie uczylam sie tego jezyka, na tyle ile zrozumialam, potrafilam odpowiedziec: ” soy de Polonia” i “desculpa, non entiendo” . Ksiadz odpowiedzial szerokim usmiechem i gestem pokazal zeby poczekac. Nastepnie przyprowadzil nam ksiedza polskiego. Ksiadz polski wlasciwie juz wychodzi z parafii z walizka w reku, bo za godzine musial byc na lotnisku. Lecial na sympozjum na Floryde. Jednak gdy nas zobaczyl, zaprosil do srodka. Bardzo mily i skromny czlowiek. Mowil, ze zaluje, ze tak pozno do niego trafilismy, bo chetnie by nam wiecej o CHile opowiedzial. Dal do siebie kontakt, w razie gdybysmy potrzebowali pomocy i zaprosil za dwa tygodnie. My jednak nie mielismy zamiaru zostac w Santiago az tak dlugo. Ksiadz krotko opowidzial o Polonii chilijskiej, ktorej pomaga. Starsza, to ta ktora wyemigrowala po drugiej wojnie swiatowej, wlasciwie juz wymierajace i mloda-skladajace sie z inteligentnych mlodych Polek, ktore przyjechaly do Chile za chlopakami i teraz sa ofiarami “machistoskiego” systemu. Niestety, chilijczycy slynna z niewiernosci. Ksiadz byl ktora z koleji osoba, ktora to potwierdzila.

W kolejnych dniach , udalo nam sie odwiedzic kilka innych dzielnic, dzieki swietnie rozwinietej linie metra, ktora pozwala bez problemu przedostawac sie z jednej czesci miasta do drugiej.

Kilka slow o ludziach. Ludnosc jak pisalam wyzej-przemila i serdeczna, ale raczej wydaje sie byc “przy kosci”, co w sumie nie dziwi nas teraz zwazajac na to co jedza i w jakich ilosciach. Gdziekolwiek sie pojdzie, porcje sa zawsze gigantyczne, jak kurczak to polowa, albo przynajmniej 3/4, jak inne mieso, to wielkosci pol talerza, jak rybka to tez konkretnie-cala albo pol, ale wtedy solidny gruby kawalek. Do tego najczesciej frytki (tez pol talerza), badz solidna porcja ryzu. Kazde danie jest poprzedzone przystawka, skladajaca sie z koszyka cieplego pieczywka z maselkiem i do tego sos salsa povrano (pyszny!), wiec jak tu sie oprzec..Bardzo popularne sa w miescie chilijskie hot dogi, czyli taki nasz hot dog, tyle ze z salsa i kremem z avocado. Nazywany jest tutaj completo i najczesciej porcja zawiera dwa hot dogi. Duzy kufelek piwa wyglada jak wazon a wino podawane jest w sporych kielichach.

Pastel del Choclo, ktore probowalismy drugiego dnia w Santiago, sklada sie z pasty kukurydzianek, rodzynek, oliwek, miesa, cebuli i bialek jaj. to wszystko zapieczone w glinianym (oczywiscie) duzym naczyniu. Mozna sie najesc!

Po 4 dniach wycieczek po miescie i zajadania sie duzymi porcjami smakowitego jedzenia, wzielismy nocny autobus i o 7 rano bylismy juz w Pucon-miasta slynacego z pieknych gor i parkow, jezior, zrodel termalnych oraz najwiekszego w Ameryce Poludniowej czynnego wulkanu.

PUCON

Miasto przypomina nam bardzo Zakopane. Drewniane domki, owcze sery sprzedawane na ulicy, wyroby z drewna i welny sprzedawane na lokalnym rynku, gory, jeziora i lasy. PIeknie!

W Pucon, udalo nam sie znalezc rewelacyjny nocleg o nazwie “donde German”. Caly domek byl dla nas, nie bylo innych gosci. PIekny, nowy, drewniany, z wielka kuchnia, przedpokojem i kominkiem. Cudo! SZczegolnie w mrozne wieczory…

PIerwszego dnia pobytu w Pucon, wykorzystalismy dobra pogode, wypozyczylismy rowery i udalismy sie na dwudziestokilku kilometrowa trase rowerowa po gorach. Uff, ciezko bylo (przynajmniej dla mnie), ale widoki bardzo malownicze. Polane, gory pokryte sniezna czapa i widok wulkanu. Po drodze spotkalo nas cos bardzo milego. Zatrzymalismy sie przy koniach, bialym i laciatym. Gdy zaczelam komplementowac bialego konia jaki jest piekny, uniosl glowe i zaczal isc w moja strone, tak jakby rozumial, ze kieruje w jego kierunku mile slowa. Nadstawil glowe jak do poglaskania i dopiero po kilku minutach odszedl. Napotkalismy tez grupe turystow, ktora pokonywala ta sama trase co my, tyle ze samochodem terenowym. Gdy przewodnik uslyszal, ze jestesmy z Polski, nagle ozywil sie i krzyknal: ” Polacy! kocham Polakow! Jestescie z kraju mojego ukochanego Ojca swietego!” Chilijczycy generalnie bardzo mile reaguja na wiadomosc, ze jestesmy z Polski (Papiez nam zrobil niezla reklame;). Posmialismy sie razem i pojechalismy dalej. Niestety na slynne jeziora zwane “blekitnymi oczami” dojechalismy po zmroku, wiec blekitu ich nie dojrzelismy. Po ciemku juz dotarlismy do trasy glownej, gdzie wyblagalismy pana kierowce z autobusu, by pozwolil nam zapakowac rowery do srodka i zabrac sie do miasta. Nie mielismy oswietlanie a trasa byla nieoswietlona, dluga i gorzysta wiec nie chcielismy ryzykowac.

Nastepnego dnia zastala nas zima. Temperatura bardzo spadla, wialo i padalo, ale nie zniechecilo to nas do odwiedzenia Parku Narodowego. Niestety podobnie jak dnia poprzedniego, wybralismy sie zbyt pozno, poniewaz jest zima, sciemnia sie tutaj okolo godziny 17, wiec udalo nam sie tylko dojsc do wodospadu, ale juz nie do doliny jezior. Park jest tak duzy, ze mozna spokojnie spedzic w nim 3-4 dni chcac dotrzec do wszystkich atrakcji.

W drodze powrotnej, weszlismy do chaty goralskiej na herbate, troche sie ogrzac. Na poczatku, myslelismy ze sie pomylilismy a znak kawiarnia zostal przekrecony. Po otwarciu drzwi wejsicowych, zobaczylismy mala kuchenke ze starodawnym piecem palonym drewnem, z garnkami i czajnikiem. Obok stal stol, przy ktorym siedzialy dwie panie z dziecmi. Wygladalo na to ze weszlismy do czyjegos domu. Szybko jednak gospodyni, zrobila dla nas mniejsce przy stole i zaproponowala kawe, herbate i czekolade na goraco(mniam, pycha!) Bylo bardzo przyjemnie i cieplutko. Maz gospodyni zaoferowal podwozke na przystanek, zebysmy nie musieli isc w deszczu. Kolejny raz, przekonalismy sie o ogromnej zyczliwosci ludzi w Chile.

Trzeciego dnia w Pucon padal snieg z deszczem, wiec oprocz zakupu cieplych ubran, rekawiczek i czapek niewiele zrobilismy.

Ostatniego dnia, ja oddalam sie slodkiemu lenistwu przy kominku, a Marcin wybral sie o 5 rano na wspinaczke na wulkan, nadal aktywny. (tutaj prosze Panstwa, czekamy na relacje Marcina, ktory w przeciwienstiwe do mnie, nie robi sobie odpoczynkow i nie ma czasu niczego napisac;)

MENDOZA-ARGENTYNA

Jestesmy w Chile i bardoz nam sie tutaj podoba. Miasto Santiago przywitalo nas piekna, sloneczna pogoda. Santiago ma w sobie taki czar, ktory sprawia ze ciezko stad wyjechac. Spedzilismy tam az 4 dni, choc zwykle mowi sie, ze wystarcza 2 dni by zobaczyc miasto.

Po calonocnym locie, udalismy sie do hostelu, znalezionego wczesniej w internecie. Niestety,z hostelu, ktory nazywal sie (o dziwo!) eco hostel, wydobywal sie tak intensywny zapach chemikaliow do eliminacji pluskw, ze nie bylismy w stanie tam wytrzymac dluzej niz 5 minut. Mily pan w recepcji skierowal nas do innego pobliskiego hostelu, o nazwie Santa Lucia, ktory byl duzo przyjemniejszy niz nasz pierwszy wybor, wiec zostawilismy tam plecaki i po szybkiej kapieli, udalismy sie na zwiedzanie miasta.

Miasto urzeka pieknymi, zabytkowymi budynkami, przemilymi ludzmi na ulicach, ktorzy zawsze sa skorzy do pomocy oraz atmosfera, ktorej nie da sie opisac.

Wieczorami wszystkie baru i restauracyjki sa pelne wesolych ludzi. Nam polecono restauracje peruwianska-ktorych jest bardzo duzo w Santiago i to bylismy bardzo zadowoleni z rekomendacji. Restauracja Victoria na rogu ulic San Domenico i San Poblo jest rewelacyjna. Domowe danie, gigantycznych rozmiarow po przystepnych cenach.

Spacerujac ulicami centrum, nagle poczulismy silny zapach w powietrzu powodujacy drapanie w gardle i lzawienie oczu. Marcin mowi: ” to gaz pieprzowy”. Potem zobaczylismy kilka radiowozow przy Piazza Italia i mnostwo ludzi. Okazalo sie, ze lokalna ludnosc zebrala sie licznie (ponad 300 osob bralo udzial tego dnia w manifestacjach), by wyrazic swoje niezadowolenie z powodu podpisania przez Prezydenta zgody na budowe tamy i kilku elektrowni w najpiekniejszej czesci Chile, czyli Patagonii.

Ludnosc rozeszla sie po paru godzinach, ale to nie zniechecilo protestujacych do zorganizowania kolejnego manifestu nastepnego dnia.

Nie bralismy czynnego udzialu w tej manifestacji, choc calym sercem popieramy protestujacych. Zamiast na manifestacje, udalismy sie na “free tour” (czyli “darmowa” wycieczke po miescie, pisze darmowa w cudzyslowiu, poniewaz malym drukiem na ulotce bylo zaznaczone, ze przewodnicy utrzymuja sie z napiwkow). Wycieczka po miescie byla rewelacyjna. Felipe (ktory jest tez aktorem) bardzo zywiolowo opowiadal o sytuacji polityczno-gospodarczej kraju, o burzliwej historii z sasiadami-Boliwia, Peru i Argentyna, oraz o historii miasta. Zaczelismy od placu glownego przy starej katedrze, z historycznym budynkiem poczty oraz muzeum historii Chile. Nastepnie udalismy sie pod palac Prezydencki, gdzie dowiedzielismy sie wiecej o problemach politycznych kraju (i o rosnacej niecheci ludnosci do obecnego Prezydenta). Nastepnie odwiedzilismy piekny budynek Opery, obecnie czesciowo restuarowany, budynek slynnego prywatnego uniwersytetu (w Chile placi sie za studiowanie, niezaleznie od tego czy uczelnia jest panstwowa czy prywatna, wiec nie ma tak dobrze jak w Polsce), ulice ochrzczona nazwa Nowy Jork, ktora prowadzi do historycznego budynku Gieldy (dzis wiekszosc tranzakcji gieldowych odbywa sie w innej czesci miasta, lecz ze wzgledow historycznych, budynek w centrum miasta nadal w pewnym stopniu funkcjonuje jako gielda), fontanne w parku, ufundowana przez spolecznosc niemiecka dla miasta Santiago w rocznice odzyskania niepodleglosci przez Chile (rzad Chile chcac zasiedlic tereny Patagonii, gdzie lokalna ludnosc nie chciala mieszkac, wyslali swojego czlowieka do Niemiec, ktory mial namawiac tamtejsza spolecznosc do kupowania taniej ziemii i zasiedlania Patagonii, plan sie powiodl i stad ten pomnik). Kolejnym punktem wycieczki byl rynek z rekodzielami, gdzie zatrzymalismy sie, by sprobowac pisco sour (slynny chilenski alkohol, z cytryna, cukrem,  lodem i kurzym bialkiem) oraz cos przekasic. Felipe pokazal nam tez najlepsza w miescie lodziarnie (ktorej nie omieszkalismy nie odwiedzic zaraz po wycieczce) oraz uniwersytecka dzielnice wraz z …..i domem slynego pisarza-…

W nastepnych dniach odwiedzilismy tez Uniwersytet Chile (najwiekszy w miescie), wzgorze San Christobal, ktore jest miejscem kultu dla lokalnej ludnosci. Ze wzgorza na miasto, patrzy olbrzymia statua Maryji. U stup Maryji, znajduje sie kapliczka, a ponizej kosciolek i oltarz, gdzie Ojciec Sw-Jan Pawel II odprawial Msze sw, gdy przybyl na pielgrzymke do Chile. Obok miejsce, gdzie ludzie zostawiaja wota i wmurowuja dziekczynne tablice za otrzymane laski. Dziwne rzeczy mozna tam zobaczyc…kawalek warkocza z karteczka, smoczek dziecka, gumke do wlosow, spinki, medaliki i inne ciekawostki…W drodze powrotem troche zablodzilismy i w efekcie szlisci dwa razy dluzej i wyladowalismy po drugiej stronie miasta. Zupelnie przez przypadek znalezlismy sie przy kosciele swietej Rodziny gdzies miedzy domkami. Marcin mowi: “dzis niedziele, idz sie dowiedz czy akurat jest Msza”. Stal tam jakis ksiadz, ktory do mnie podszedl i cos zaczal mowic szybko po hiszpansku, a ze ja nigdy nie uczylam sie tego jezyka, na tyle ile zrozumialam, potrafilam odpowiedziec: ” soy de Polonia” i “desculpa, non entiendo” . Ksiadz odpowiedzial szerokim usmiechem i gestem pokazal zeby poczekac. Nastepnie przyprowadzil nam ksiedza polskiego. Ksiadz polski wlasciwie juz wychodzi z parafii z walizka w reku, bo za godzine musial byc na lotnisku. Lecial na sympozjum na Floryde. Jednak gdy nas zobaczyl, zaprosil do srodka. Bardzo mily i skromny czlowiek. Mowil, ze zaluje, ze tak pozno do niego trafilismy, bo chetnie by nam wiecej o CHile opowiedzial. Dal do siebie kontakt, w razie gdybysmy potrzebowali pomocy i zaprosil za dwa tygodnie. My jednak nie mielismy zamiaru zostac w Santiago az tak dlugo. Ksiadz krotko opowidzial o Polonii chilijskiej, ktorej pomaga. Starsza, to ta ktora wyemigrowala po drugiej wojnie swiatowej, wlasciwie juz wymierajace i mloda-skladajace sie z inteligentnych mlodych Polek, ktore przyjechaly do Chile za chlopakami i teraz sa ofiarami “machistoskiego” systemu. Niestety, chilijczycy slynna z niewiernosci. Ksiadz byl ktora z koleji osoba, ktora to potwierdzila.

W kolejnych dniach , udalo nam sie odwiedzic kilka innych dzielnic, dzieki swietnie rozwinietej linie metra, ktora pozwala bez problemu przedostawac sie z jednej czesci miasta do drugiej.

Kilka slow o ludziach. Ludnosc jak pisalam wyzej-przemila i serdeczna, ale raczej wydaje sie byc “przy kosci”, co w sumie nie dziwi nas teraz zwazajac na to co jedza i w jakich ilosciach. Gdziekolwiek sie pojdzie, porcje sa zawsze gigantyczne, jak kurczak to polowa, albo przynajmniej 3/4, jak inne mieso, to wielkosci pol talerza, jak rybka to tez konkretnie-cala albo pol, ale wtedy solidny gruby kawalek. Do tego najczesciej frytki (tez pol talerza), badz solidna porcja ryzu. Kazde danie jest poprzedzone przystawka, skladajaca sie z koszyka cieplego pieczywka z maselkiem i do tego sos salsa povrano (pyszny!), wiec jak tu sie oprzec..Bardzo popularne sa w miescie chilijskie hot dogi, czyli taki nasz hot dog, tyle ze z salsa i kremem z avocado. Nazywany jest tutaj completo i najczesciej porcja zawiera dwa hot dogi. Duzy kufelek piwa wyglada jak wazon a wino podawane jest w sporych kielichach.

Pastel del Choclo, ktore probowalismy drugiego dnia w Santiago, sklada sie z pasty kukurydzianek, rodzynek, oliwek, miesa, cebuli i bialek jaj. to wszystko zapieczone w glinianym (oczywiscie) duzym naczyniu. Mozna sie najesc!

Po 4 dniach wycieczek po miescie i zajadania sie duzymi porcjami smakowitego jedzenia, wzielismy nocny autobus i o 7 rano bylismy juz w Pucon-miasta slynacego z pieknych gor i parkow, jezior, zrodel termalnych oraz najwiekszego w Ameryce Poludniowej czynnego wulkanu.

PUCON

Miasto przypomina nam bardzo Zakopane. Drewniane domki, owcze sery sprzedawane na ulicy, wyroby z drewna i welny sprzedawane na lokalnym rynku, gory, jeziora i lasy. PIeknie!

W Pucon, udalo nam sie znalezc rewelacyjny nocleg o nazwie “donde German”. Caly domek byl dla nas, nie bylo innych gosci. PIekny, nowy, drewniany, z wielka kuchnia, przedpokojem i kominkiem. Cudo! SZczegolnie w mrozne wieczory…

PIerwszego dnia pobytu w Pucon, wykorzystalismy dobra pogode, wypozyczylismy rowery i udalismy sie na dwudziestokilku kilometrowa trase rowerowa po gorach. Uff, ciezko bylo (przynajmniej dla mnie), ale widoki piekne. Po drodze spotkalo nas cos bardzo milego. Zatrzymalismy sie przy koniach, bialym i laciatym. Gdy zaczelam komplementowac bialego konia jaki jest piekny, uniosl glowe i zaczal do mnie podchodzic, tak jakby rozumial, ze kieruje w jego kierunku mile slowa. Nadstawil glowe jak do poglaskania i dopiero po kilku minutach odszedl. Napotkalismy tez grupe turystow, ktora pokonywala ta sama trase co my, tyle ze samochodem terenowym. Gdy przewodnik uslyszal, ze jestesmy z Polski, nagle ozywil sie i krzyknal: ” Polacy! kocham Polakow! Jestescie z kraju mojego ukochanego Ojca swietego!” Chilijczycy generalnie bardzo mile reaguja na wiadomosc, ze jestesmy z Polski i zazwyczaj nastepne zdanie brzmi wlasnie tak jak zdanie tego pana (Papiez nam zrobil niezla reklame;). Posmialismy sie troche i pojechalismy dalej. Niestety na slynne jeziora zwane “blekitnymi oczami” dojechalismy po zmroku, wiec blekitu ich nie dojrzelismy. Po ciemku juz dotarlismy do trasy glownej, gdzie wyblagalismy pana kierowce z autobusu, by pozwolil nam zapakowac rowery do srodka i zabrac sie do miasta. Nie mielismy oswietlanie a trasa byla nieoswietlona, dluga i gorzysta wiec nie chcielismy ryzykowac.

Nastepnego dnia zastala nas zima. Temperatura bardzo spadla, wialo i padalo, ale nie zniechecilo to nas do odweidzenia Parku Narodowego. Niestety podobnie jak dnia poprzedniego, wybralismy sie zbyt pozno, poniewaz zima, sciemnia sie tutaj okolo godziny 17, wiec udalo nam sie tylko dojsc do wodospadu, ale juz nie do doliny jezior. Park jest tak duzy, ze mozna spokojnie spedzic w nim 3-4 dni chcac dotrzec do wszystkich atrakcji.

W drodze powrotnej, weszlismy do chaty goralskiej na herbate, troche sie ogrzac. Na poczatku, myslelismy ze sie pomylilismy a znak kawiarnia zostal przekrecony. Po otwarciu drzwi wejsicowych, zobaczylismy mala kuchenke ze starodawnym piecem palonym drewnem, z garnkami i czajnikiem. Obok stal stol, przy ktorym siedzialy dwie panie z dziecmi. Wygladalo na to ze weszlismy do czyjegos domu. Szybko jednak gospodyni, zrobila dla nas mniejsce przy stole i zaproponowala kawe, herbate i czekolade na goraco(mniam, pycha!) Bylo bardzo przyjemnie i cieplutko. Maz gospodyni zaoferowal podwozke na przystanek, zebysmy nie musieli isc w deszczu. Kolejny raz, przekonalismy sie o ogromnej zyczliwosci ludzi w Chile.

Trzeciego dnia w Pucon padal snieg z deszczem, wiec oprocz zakupu cieplych ubran, rekawiczek i czapek niewiele zrobilismy.

Ostatniego dnia, ja oddalam sie slodkiemu lenistwu przy kominku, a Marcin wybral sie o 5 rano na wspinaczke na wulkan, nadal aktywny. (tutaj prosze Panstwa, czekamy na relacje Marcina, ktory w przeciwienstiwe do mnie, nie robi sobie odpoczynkow i nie ma czasu niczego napisac;)

Jestesmy w Chile i bardoz nam sie tutaj podoba. Miasto Santiago przywitalo nas piekna, sloneczna pogoda. Santiago ma w sobie taki czar, ktory sprawia ze ciezko stad wyjechac. Spedzilismy tam az 4 dni, choc zwykle mowi sie, ze wystarcza 2 dni by zobaczyc miasto.

Po calonocnym locie, udalismy sie do hostelu, znalezionego wczesniej w internecie. Niestety,z hostelu, ktory nazywal sie (o dziwo!) eco hostel, wydobywal sie tak intensywny zapach chemikaliow do eliminacji pluskw, ze nie bylismy w stanie tam wytrzymac dluzej niz 5 minut. Mily pan w recepcji skierowal nas do innego pobliskiego hostelu, o nazwie Santa Lucia, ktory byl duzo przyjemniejszy niz nasz pierwszy wybor, wiec zostawilismy tam plecaki i po szybkiej kapieli, udalismy sie na zwiedzanie miasta.

Miasto urzeka pieknymi, zabytkowymi budynkami, przemilymi ludzmi na ulicach, ktorzy zawsze chetnie chca pomoc oraz atmosfera, ktorej nie da sie opisac.

Wieczorami wszystkie baru i restauracyjki sa pelne wesolych ludzi. Nam polecono restauracje peruwianska-ktorych jest bardzo duzo w Santiago i to bylismy bardzo zadowoleni z rekomendacji. Restauracja Victoria na rogu ulic San Domenico i San Poblo jest rewelacyjna. Domowe danie, gigantycznych rozmiarow po przystepnych cenach.

Spacerujac ulicami centrum, nagle poczulismy silny zapach w powietrzu powodujacy drapanie w gardle i lzawienie oczu. Marcin mowi: ” to gaz pieprzowy”. Potem zobaczylismy kilka radiowozow przy Piazza Italia i mnostwo ludzi. Okazalo sie, ze lokalna ludnosc zebrala sie licznie (ponad 300 osob bralo udzial tego dnia w manifestacjach), by wyrazic swoje niezadowolenie z powodu podpisania przez Prezydenta zgody na budowe tamy i kilku elektrowni w najpiekniejszej czesci Chile, czyli Patagonii.

Ludnosc rozeszla sie po paru godzinach, ale to nie zniechecilo protestujacych do zorganizowania kolejnego manifestu nastepnego dnia.

Nie bralismy czynnego udzialu w tej manifestacji, choc calym sercem popieramy protestujacych. Zamiast na manifestacje, udalismy sie na “free tour” (czyli “darmowa” wycieczke po miescie, pisze darmowa w cudzyslowiu, poniewaz malym drukiem na ulotce bylo zaznaczone, ze przewodnicy utrzymuja sie z napiwkow). Wycieczka po miescie byla rewelacyjna. Felipe (ktory jest tez aktorem) bardzo zywiolowo opowiadal o sytuacji polityczno-gospodarczej kraju, o burzliwej historii z sasiadami-Boliwia, Peru i Argentyna, oraz o historii miasta. Zaczelismy od placu glownego przy starej katedrze, z historycznym budynkiem poczty oraz muzeum historii Chile. Nastepnie udalismy sie pod palac Prezydencki, gdzie dowiedzielismy sie wiecej o problemach politycznych kraju (i o rosnacej niecheci ludnosci do obecnego Prezydenta). Nastepnie odwiedzilismy piekny budynek Opery, obecnie czesciowo restuarowany, budynek slynnego prywatnego uniwersytetu (w Chile placi sie za studiowanie, niezaleznie od tego czy uczelnia jest panstwowa czy prywatna, wiec nie ma tak dobrze jak w Polsce), ulice ochrzczona nazwa Nowy Jork, ktora prowadzi do historycznego budynku Gieldy (dzis wiekszosc tranzakcji gieldowych odbywa sie w innej czesci miasta, lecz ze wzgledow historycznych, budynek w centrum miasta nadal w pewnym stopniu funkcjonuje jako gielda), fontanne w parku, ufundowana przez spolecznosc niemiecka dla miasta Santiago w rocznice odzyskania niepodleglosci przez Chile (rzad Chile chcac zasiedlic tereny Patagonii, gdzie lokalna ludnosc nie chciala mieszkac, wyslali swojego czlowieka do Niemiec, ktory mial namawiac tamtejsza spolecznosc do kupowania taniej ziemii i zasiedlania Patagonii, plan sie powiodl i stad ten pomnik). Kolejnym punktem wycieczki byl rynek z wyrobami recznymi, gdzie zatrzymalismy sie, by sprobowac pisco (chilenski alkohol, z cytryna i lodem) oraz cos przekasic. Felipe pokazal nam tez najlepsza w miescie lodziarnie (ktorej nie omieszkalismy nie odwiedzic zaraz po wycieczce) oraz uniwersytecka dzielnice wraz z …..i domem slynego pisarza-…

W nastepnych dniach odwiedzilismy tez Uniwersytet Chile (najwiekszy w miescie), wzgorze San Christobal, ktore jest miejscem kultu dla lokalnej ludnosci. Ze wzgorza na miasto, patrzy olbrzymia statua Maryji. U stup Maryji, znajduje sie kapliczka, a ponizej kosciolek i oltarz, gdzie Ojciec Sw-Jan Pawel II odprawial Msze sw, gdy przybyl na pielgrzymke do Chile. Obok miejsce, gdzie ludzie zostawiaja wota i wmurowuja dziekczynne tablice za otrzymane laski. Dziwne rzeczy mozna tam zobaczyc…kawalek warkocza z karteczka, smoczek dziecka, gumke do wlosow, spinki, medaliki i inne ciekawostki…W drodze powrotem troche zablodzilismy i w efekcie szlisci dwa razy dluzej i wyladowalismy po drugiej stronie miasta. Zupelnie przez przypadek znalezlismy sie przy kosciele swietej Rodziny gdzies miedzy domkami. Marcin mowi: “dzis niedziele, idz sie dowiedz czy akurat jest Msza”. Stal tam jakis ksiadz, ktory do mnie podszedl i cos zaczal mowic szybko po hiszpansku, a ze ja nigdy nie uczylam sie tego jezyka, na tyle ile zrozumialam, potrafilam odpowiedziec: ” soy de Polonia” i “desculpa, non entiendo” . Ksiadz odpowiedzial szerokim usmiechem i gestem pokazal zeby poczekac. Nastepnie przyprowadzil nam ksiedza polskiego. Ksiadz polski wlasciwie juz wychodzi z parafii z walizka w reku, bo za godzine musial byc na lotnisku. Lecial na sympozjum na Floryde. Jednak gdy nas zobaczyl, zaprosil do srodka. Bardzo mily i skromny czlowiek. Mowil, ze zaluje, ze tak pozno do niego trafilismy, bo chetnie by nam wiecej o CHile opowiedzial. Dal do siebie kontakt, w razie gdybysmy potrzebowali pomocy i zaprosil za dwa tygodnie. My jednak nie mielismy zamiaru zostac w Santiago az tak dlugo. Ksiadz krotko opowidzial o Polonii chilijskiej, ktorej pomaga. Starsza, to ta ktora wyemigrowala po drugiej wojnie swiatowej, wlasciwie juz wymierajace i mloda-skladajace sie z inteligentnych mlodych Polek, ktore przyjechaly do Chile za chlopakami i teraz sa ofiarami “machistoskiego” systemu. Niestety, chilijczycy slynna z niewiernosci. Ksiadz byl ktora z koleji osoba, ktora to potwierdzila.

W kolejnych dniach , udalo nam sie odwiedzic kilka innych dzielnic, dzieki swietnie rozwinietej linie metra, ktora pozwala bez problemu przedostawac sie z jednej czesci miasta do drugiej.

Kilka slow o ludziach. Ludnosc jak pisalam wyzej-przemila i serdeczna, ale raczej wydaje sie byc “przy kosci”, co w sumie nie dziwi nas teraz zwazajac na to co jedza i w jakich ilosciach. Gdziekolwiek sie pojdzie, porcje sa zawsze gigantyczne, jak kurczak to polowa, albo przynajmniej 3/4, jak inne mieso, to wielkosci pol talerza, jak rybka to tez konkretnie-cala albo pol, ale wtedy solidny gruby kawalek. Do tego najczesciej frytki (tez pol talerza), badz solidna porcja ryzu. Kazde danie jest poprzedzone przystawka, skladajaca sie z koszyka cieplego pieczywka z maselkiem i do tego sos salsa povrano (pyszny!), wiec jak tu sie oprzec..Bardzo popularne sa w miescie chilijskie hot dogi, czyli taki nasz hot dog, tyle ze z salsa i kremem z avocado. Nazywany jest tutaj completo i najczesciej porcja zawiera dwa hot dogi. Duzy kufelek piwa wyglada jak wazon a wino podawane jest w sporych kielichach.

Pastel del Choclo, ktore probowalismy drugiego dnia w Santiago, sklada sie z pasty kukurydzianek, rodzynek, oliwek, miesa, cebuli i bialek jaj. to wszystko zapieczone w glinianym (oczywiscie) duzym naczyniu. Mozna sie najesc!

Po 4 dniach wycieczek po miescie i zajadania sie duzymi porcjami smakowitego jedzenia, wzielismy nocny autobus i o 7 rano bylismy juz w Pucon-miasta slynacego z pieknych gor i parkow, jezior, zrodel termalnych oraz najwiekszego w Ameryce Poludniowej czynnego wulkanu.

PUCON

Miasto przypomina nam bardzo Zakopane. Drewniane domki, owcze sery sprzedawane na ulicy, wyroby z drewna i welny sprzedawane na lokalnym rynku, gory, jeziora i lasy. PIeknie!

W Pucon, udalo nam sie znalezc rewelacyjny nocleg o nazwie “donde German”. Caly domek byl dla nas, nie bylo innych gosci. PIekny, nowy, drewniany, z wielka kuchnia, przedpokojem i kominkiem. Cudo! SZczegolnie w mrozne wieczory…

PIerwszego dnia pobytu w Pucon, wykorzystalismy dobra pogode, wypozyczylismy rowery i udalismy sie na dwudziestokilku kilometrowa trase rowerowa po gorach. Uff, ciezko bylo (przynajmniej dla mnie), ale widoki piekne. Po drodze spotkalo nas cos bardzo milego. Zatrzymalismy sie przy koniach, bialym i laciatym. Gdy zaczelam komplementowac bialego konia jaki jest piekny, uniosl glowe i zaczal do mnie podchodzic, tak jakby rozumial, ze kieruje w jego kierunku mile slowa. Nadstawil glowe jak do poglaskania i dopiero po kilku minutach odszedl. Napotkalismy tez grupe turystow, ktora pokonywala ta sama trase co my, tyle ze samochodem terenowym. Gdy przewodnik uslyszal, ze jestesmy z Polski, nagle ozywil sie i krzyknal: ” Polacy! kocham Polakow! Jestescie z kraju mojego ukochanego Ojca swietego!” Chilijczycy generalnie bardzo mile reaguja na wiadomosc, ze jestesmy z Polski i zazwyczaj nastepne zdanie brzmi wlasnie tak jak zdanie tego pana (Papiez nam zrobil niezla reklame;). Posmialismy sie troche i pojechalismy dalej. Niestety na slynne jeziora zwane “blekitnymi oczami” dojechalismy po zmroku, wiec blekitu ich nie dojrzelismy. Po ciemku juz dotarlismy do trasy glownej, gdzie wyblagalismy pana kierowce z autobusu, by pozwolil nam zapakowac rowery do srodka i zabrac sie do miasta. Nie mielismy oswietlanie a trasa byla nieoswietlona, dluga i gorzysta wiec nie chcielismy ryzykowac.

Nastepnego dnia zastala nas zima. Temperatura bardzo spadla, wialo i padalo, ale nie zniechecilo to nas do odweidzenia Parku Narodowego. Niestety podobnie jak dnia poprzedniego, wybralismy sie zbyt pozno, poniewaz zima, sciemnia sie tutaj okolo godziny 17, wiec udalo nam sie tylko dojsc do wodospadu, ale juz nie do doliny jezior. Park jest tak duzy, ze mozna spokojnie spedzic w nim 3-4 dni chcac dotrzec do wszystkich atrakcji.

W drodze powrotnej, weszlismy do chaty goralskiej na herbate, troche sie ogrzac. Na poczatku, myslelismy ze sie pomylilismy a znak kawiarnia zostal przekrecony. Po otwarciu drzwi wejsicowych, zobaczylismy mala kuchenke ze starodawnym piecem palonym drewnem, z garnkami i czajnikiem. Obok stal stol, przy ktorym siedzialy dwie panie z dziecmi. Wygladalo na to ze weszlismy do czyjegos domu. Szybko jednak gospodyni, zrobila dla nas mniejsce przy stole i zaproponowala kawe, herbate i czekolade na goraco(mniam, pycha!) Bylo bardzo przyjemnie i cieplutko. Maz gospodyni zaoferowal podwozke na przystanek, zebysmy nie musieli isc w deszczu. Kolejny raz, przekonalismy sie o ogromnej zyczliwosci ludzi w Chile.

Trzeciego dnia w Pucon padal snieg z deszczem, wiec oprocz zakupu cieplych ubran, rekawiczek i czapek niewiele zrobilismy.

Ostatniego dnia, ja oddalam sie slodkiemu lenistwu przy kominku, a Marcin wybral sie o 5 rano na wspinaczke na wulkan, nadal aktywny. (tutaj prosze Panstwa, czekamy na relacje Marcina, ktory w przeciwienstiwe do mnie, nie robi sobie odpoczynkow i nie ma czasu niczego napisac;)

Mendoza-Argentyna

Zaczne moze od tego, ze autokary w Chile sa bardzo luksusowe. Semi-cama, czyli siedzenie na wpol rozlozone jest szersze niz w samolocie i dalej tez sie rozklada. Zawsze dostaje sie na pokladzie jakies snacki i do tego poduszeczke i kocyk, takze calonocna podroz nie jest az takim koszmarem jakby to sie moglo wydawac.

Jedynym z takich wygodnych autokarow wracalismy z Pucon do Santiago. Niestety wyladowalismy w Santiago o 5 nad ranem, kiedy temperatury sa naprawde niskie.  Spedzilimy na zimnym dworcu 2 godziny, zanim moglismy wsiasc w kolejny autobus do Mendozy w Argentynie.

Podroz do Mendozy, to kolejne 7 godzin w autobusie. Widoki naprawde godne polecenia. Pasma Andow po jednej i po drugiej stronie robia niesamowite wrazenie….zeby jeszcze ta podroz przebiegala latem, to juz wogole byloby cudownie, bo ponad godzinne czekanie w mrozie na granicy zima nie jest mile . Mimo, ze autokar wygodny, to dotarlismy bardzo zmeczeni. Na dworcu, pewien czlowiek zaproponowal nam zobaczenie jego hostelu, obiecywal,ze jego brat zabierze nas na miejsce za darmo, a jak nam sie nie spodoba, to mozemy sprobowac w innym miejscu, bo jego hostel jest blisko centrum. Oczywiscie, okazalo sie pozniej, ze pan kierowca nie byl zadnym bratem, tylko taksowkarzem, ktory kazal za kurs zaplacic. A my w efekcie, nie chcielismy zostac we wskazanym hostelu i musielismy maszerowac z naszymi plecakami kilka kilometrow do centrum, skad wzielismy  autobus do innego polecanego hostelu. Autobus jechal okrezna droga i wysadzil nas za daleko, wiec dotarlismy na nocleg po ok 2 godzinach. Hostel Chateau de Basse jest prowadzony przez czarujaca starsza pania i jej syna i miesci sie w pieknym, zabytkowym budynku, ktory zostal wybudowany przez pradziadka wlascicielki.

Ze wzgledu na fakt, ze kolejnym dniem pobytu w  Mendozie byla niedziela, za duzo nie zwiedzilismy, poniewaz w niedziele, wiekszosc sklepow, biur i atrakcji jest zamknieta.

Gdy zapytalismy starsza pania od czego mozemy zaczac zwiedzanie, odpowiedziala, ze cale miasto w niedziele jest w parku, wiec i my tam powinnismy sie udac.

Zanim doszlismy do parku, przeszlismy przez centrum. Centrum odgrodzone jest od reszty miasta czterema placami; placem wloskim, hiszpanskim, placem Martin i placem Chile. Do naciekawszych naleza;  plac hiszpanski i plac wloski. Plac hiszpanski pelen jest mozaiek. W centrum placu znajduje sie fontanna oraz mozaikowa sciana przedstawiajaca historie relacji hiszpansko-argentynskich. W centrum placu wloskiego, rowniez znajduje sie fontanna, ale przed nia stoi pomnik upamietniajacy Wlochow, ktorzy przyczynili sie do rozwoju Argentyny.

Sam park jest tak ogromny, ze nawet jesli cale miasto tam sie zejdzie, to i tak nie ma tlumow. Wszyscy spaceruja, siedza na trawce albo na laweczkach, rozmawiaja…po prostu relaksuja sie. To co nas uderzylo najbardziej, to fakt, ze wszyscy prawie specerujacy, badz siedzacy w reku trzymaja termos. Kazdy w Argentynie relaksuje sie popijajac Yerba Mate. Zaparza sie raz, a potem przez kolejna godzine czy dwie dolewa sie goracej wody do suszu ziol, ktory jest w bombilli. Spedzilismy w tym bardzo przyjemnym parku kilka dobrych godzin, zanim udalismy sie na plac Niepodleglosci, ktory znajduje sie w samym centrum miasta. Akurat odbywal sie tam festiwal artystyczny pod haslem: ” Festiwal dla prawdy i kultury”. Ponizej sceny wisialy duze plakaty z napisami: “stop klamstwom rzadu!”. Jak widac, kazdy kraj ma jakies wewnetrzne problemy. W Chile, tez bylismy swiadkami manifestacji skierowanej przeciwko rzadowi.  Festiwal byl bardzo ciekawy. Wystepowali rozliczni artysci, tancerze, piosenkarze, muzycy, kabareciarze…publicznosc swietnie sie bawila popijajac yerba mate. Gdy jeden z zespolow zaczal grac, dwie osoby z publiki wyciagnely chusteczki i zaczely tanczyc. W powietrzu czuc bylo pozytywna energie i radosc ludzi wokol nas. Na placu przed scena rozstawili swoje stragany sprzedawcy oferujac kolorowe produkty oraz roznego rodzaju naczynka z bombilla do picia czego???oczywiscie yerba mate!

Nastepnego dnia, pojechalismy do slynnej dzielnicy Mendozy Maipu, ktory slynie z winiarni. Najstarsza winiarnia w Maipu jest winiarnia  Lopez. Winiarnia ta zostala zalozona przez Jose Lopeza z Hiszpanii, ktory wyemigrowal z kraju ze wzgledu na zaraze, ktora dotknela jego winiarnie w Maladze.  Osiadl w Maipu w Argentynie, gdzie ziemia okazala sie bardzo korzystna do uprawy winogron. Od trzech pokolen, winiarnia Lopez jest prowadzona przez rodzine Lopez.  Winiarnia jest ogromna, zawiera kilka linii produkcyjnych i kilka pomieszczen z wielkimi drewnianymi beczkami, w ktorych przechowuje sie czerwone wino (bialego wina nie przechowuje sie w drewnianych beczkach). Dowiedzielismy sie w jaki sposob przebiega proces fermentacji wina czerwonego i bialego oraz proces produkcji szampana (ktory tez jest produkowany w winiarnie Lopez). Zwiedzanie zakonczylismy degustacja szampana (delikatny i malo slodki) oraz wina (ciezkiego i mocno wytrawnego).

Warto jeszcze dopisac dwa slowa o ludziach i kuchni. Ludzie w Argentynie sa rowniez przyjaznie nastawieni do turystow do Chilijczycy. Chetnie pomoga na ulicy, porozmawiaja, doradza. Mezczyzni jednak w Argentynie w taki sposob akcentuja mowiac po hiszpansku, ze czlowiek od razu ma wrazenie, ze rozmawia z macho;) mowia glosno, wyraznie i dosadnie. To co mnie uderzylo, to bezposredniosc. Wstapilismy do hostelu zapytac o cene, a wlasciciel Marcinowi podal reke, natomiast mnie cmoknal w policzek, podobnie w innych hostelach bylam obcalowywana;) w kosciele na znak pokoju, mezczynie podaja dlon, a kobiete???oczywiscie cmokaja w policzek…jesli chodzi o jedzonko, to porcje rownie duze jak w Chile, tyle ze kuchnia argentynska jest troche mniej urozmaicona. W menu kroluja miesa i bardzo ciezko dostac ryz, do wyboru sa tylko ziemniaki lub frytki. Do obiadu, kazdy obowiazkowo ma przy sobie lampke wina, wlasciwie gdy poszlismy do restauracji, bylismy jedynymi ktorzy nie mieli wina na stole. Argentynczycy lubia dobrze pojesc, co widac po porcjach na talerzu a takze po ilosci ludzi w knajpach, barach i restauracjach-wszedzie jest pelno:) czyli jednym slowem, ludzie ciesza sie zyciem:)

VALPARAISO & VINA DEL MAR

Z Mendozy, nocnym autobusem przedostalismy sie do Santiago i z Santiago wzielismy kolejny autobus do Valparaiso. Z Santiago do Valparaiso nie jest daleko, takze mielismy jeszcze energie, by sie pod gore wspiac na wzgorze Cerro Concepcion do hostelu Bicycletta. Hostel prowadzony jest przez przesympatycznego Francuza, serwujacego skromne, choc pyszne sniadanka. Hostel Bicycletta to stary, zabytkowy budynek, ktory powoli jest przez pana Francuza restaurowany , ale w tym miejscu czuje sie, ze ten dom ma dusza a przez to wyjatkowy klimat. Jedyny minus przybycia tam zimowa pora jest taki, ze okna sa nieszczelne i noca jest dosc zimno, ale poza tym-super!

Valparaiso jest magiczne. Po prostu piekne! Miasto usytuaowane na wzgorzach, kolorowe, z historycznymi budynkami tworzy niezwykla calosc. Na placu przy Cerro Concepcion co dzien gra zespol z Kuby. Chlopaki sa naprawde niesamowici! Codzien maja duzo widownie, radosnie poklaskujaca i podskakujaca:) dolaczylismy do tej wesolej gromady na dobre pol godziny i naprawde trudno od nich odejsc. Zapewne stalibysmy tam dluzej, gdyby nie fakt, ze zoladki wolaly glosno: “JESC” a bar polecony przez Francuza zamykano dosc wczesnie. Bar przypominal nasz bar mleczy i pelny byl lokalnych.  Caly zestaw z przystawka, daniem glownym i deserem w cenie jednego dania w innych restauracjach, wiec sie oplacalo. Jedzonko jak w Polsce-zupa cos jak nasz krupnik, do tego salatka (z buraczkiem, tez jak w Polsce), nastepnie miesko z frytkami lub ryzem i na deser gruszka z sosem. Po tak obfityjm posilku, z nowa energia ruszylismy pod gore, by dotrzec do domu slynnego pisarza , laureata nagrody Nobla-Pablo Neruda. Droga z Cerro Concepcion na wzgorze-la Sebastiana prowadzi przez kolorowa dzielnice pelna mozaiek,, a potem dosc biedna czesc miasta, ale widoki sa niesamowite. Spacerek solidny, bo idzie sie tam okolo 2 godzin, jednak warto.

Dom Pablo Neruda robi wrazenie. Jak inne domy ktore posiadal (lacznie 3 w CHile), i ten ma ksztalt przypominajacy statek. Pablo Neruda nie przepadal za plywaniem na statkach, natomiast byl ogromnym wielbicielem stylu marynarskiego. Wnetrze domu rowniez zawiera wiele sprzetow, ktore znalezc mozna na wiekszosci statkow. Styl, drewno, wykonczenie  i usytuowanie domu na wzgorzu z widokiem na ocean, sprawiaja, ze odnosi sie wrazenie przebywania na statku. Dom Nerudy ma rowniez wiele innych bardzo interesujacych przedmiotow z roznych zakatkow swiata, ktorym jak sam mawial ” dawal nowe zycie”. Pablo Neruda rozbudowywal i urzadzal dom przez wiele lat, ale byl dokladnie taki jak sobie wymarzyl. Podobniez zdobyl przedmioty i meble, ktore teoretycznie nie byly do sprzedazy.  Twierdzil on, ze jesli czlowiek czegos naprawde pragnie, to musi w to mocno uwierzyc, a potem rzeczy same do czlowieka przychodza. Wizyta w domu pisarza i poety naprawde bardzo nam sie podobala. Potem powoli zeszlismy inna droga przez ulice Bellavista (niezwykle kolorowa dzieki rozlicznych malowidlom na scianach) prosto na plac Wiktorii, ktory jest tuz obok pieknej historycznej Katedry.

Nastepnego dnia rano, udalismy sie ponownie na ulice Bellavista, by ja zobaczyc w swietle slonecznym. Kolorowe malowidla scienne robia naprawde ogromne wrazenie. Hostel Bellavista jest jak kolorowe muzeum sztuki. Po nacieszeniu wzroku bajecznymi widokami, przemaszerowalismy przez cale miasto, aleja Brasil do portu i stamtad wzdluz Avenida Espana doszlismy do Vina del Mar, czyli kolejnego miasta, niejako polaczonego z Valparaiso.

Po drodze wstapilismy na rybke do jednej z restauracji nad morzem (Valparaiso slynne jest z wysmienitych ryb i darow morza-zreszta jak widac na zdjeciach rybki dorodne i np. duza, piekna Baracuda kosztowala jedynie 7000pesos-czyli ok 50zl).

Vina del Mar jest miejscowoscia nadmorska, wypoczynkowa. Bogatsza i bardziej luksusowa niz Valparaiso (chociaz jak dla mnie Valparaiso ma niezwykly czar). W Vina del Mar, policja porusza sie po miescie konno. W zatokach popatrzec mozna na najrozniejsze ptactwo a po drodze mozna obejrzec niezwykle ciekawe budynki i palacyki. Na wiekszosci skal wzdluz wybrzeza, znajduja sie cytaty z Biblii. Od jakiegos czasu widac tez ze popularnym stalo sie wyznawanie milosci na tych samych skalkach. Ktos nawet zdecydowal sie poprosic dame o reke wypisujac zapytanie: ” Pani X, czy wyjdziesz za mnie?”

Po zachodzie slonce, udalismy sie na przystanek autobusowy, bo wrocic do Valparaiso. Spacerek trwal dosc dlugo, poniewaz wyszlismy z hostelu o 11 rano a wracalismy ok 9 wieczorem….szybko zabralismy nasze plecaki i pospieszylismy na dworzec skad nocnym autbobusem wyjechalismy do La Serena.

LA SERENA

La Serena jest drugiem najstarszym miastem w Chile, zalozonym w 1544 roku. Zatrzymalismy sie w hostelu Balmacadena, bardzo przyjemnym i po dosc przystepnych cenach. Ze wzgledu na zmecznie, tego dnia nie zobaczyslimy nic poza kawalkiem centrum i manifestacja mlodziezy, ktora przeszla glownymi ulicami miasta z transparentami:” darmowy dostep do edukacji”. Rzad w Chile chce sprywatyzowac uczelnie, co nie spodobalo sie lokalnej mlodziezy (i nie dziwimy sie wcale).

La Serena jest nieduza lecz urocza.Zachowała tradycyjną architekturę ceglano-drewnianych budynków z XIX wieku.  Znajduje się tu wiele małych kościółków *(w tym zabytkowe koscioly San Francisco i San Augustin)i piekna katedra. Ze wzgledu na duza ilosc budynkow sakralnych, La Serena jest rowniez zwana  “Miastem Kościołów”.

Pol kolejnego dnia, zeszlo nam na planowanie trasy i przejazdow, wiec zostalo tylko popoludnie na zwiedzanie. Poszli na slynny plac Plaza des Armas, skad promenada przespacerowalismy nad morze (La Serena jest tez popularna miejscowoscia wypoczynkowa, dla mieszkancow Santiago).

Wieczorem odwiedzilismy Mercado La Recova-na pierwszym pietrze sprzedaje sie pamiatki oraz jedzenie. Na drugim pietrze, znajduja sie restauracje i bary. Miasto zyje do poznych godzin. Chilijczycy lubia jesc wieczorami, wiec nie trudno na ulicy znalezc stragany sprzedajace kurczaki z grilla (ktore sa wszechobecne w Chile), empanady, completos czy lokalny przysmak-chaparita  (czyli hot dog zawiniety w ciasto drozdzowe podawany z ketchupem).

Nie zdazylismy niestety juz udac sie do pobliskiego Coquimbo, gdzie podobniez mozna zjesc najlepsze ryby i dary morza oraz do malowniczej doliny Elqui, ktora slynie nie tylko z wyjatkowych widokow, ale rowniez z produkcji najpopularniejszego w Chile napoju alkoholowego Pisco i Pisco Sour (pisco Sour to Pisco z limonka, lodem, cukrem oraz bialkiem kurzym).

Po calym dniu spacerow, pomaszerowalismy z plecakami na dworzec, gdzie do 2 nad ranem czekalismy na autobus do San Pedro de Atakama. Czekalo nas kolejne 17 godzin podrozy.

SAN PEDRO DE ATAKAMA

Podroz do San Pedro byla niezwykle meczaca. Wsiedlismy do autokaru bardzo pozno, wiec sam ten fakt, sprawial ze czulismy sie dosc wyczerpani. Nad ranem na samym srodku pustyni zepsul sie autokar. Kierowca poinformowal, ze postoj bedzie trwal najmniej 3 godziny. Zatrzymalismy sie obok dwoch domkow, z czego jeden spelnial funkcje baru. Choc widok dosc spektakularny, to czekanie jednak bardzo nam sie dluzylo. Myslelismy wowczas o gornikach z Atakama, ktorzy zostali uwiezieni pod ziemia na kilkanascie dni. My nie wyobrazalismy sobie spedzenia nawet jednej nocy na tym pustkowiu, gdzie odczuwa sie ze zdwojana sila oddalenie i osamotnienie. Mielismy szczescie, poniewaz po ponad dwoch godzinach, pojawily sie inne autokary jadace w tym samym kierunku, wiec przesadzili nas do dwoch autokarow jadacych do Antafogasty. Stamtad przesiedlismy sie do kolejnego autobusu, ktory przez Calame jechal do San Pedro de Atakama. Towarzyszami naszej podrozy i przygod byli sami gornicy plus jeden turysta ze Szwajcarii. Gornicy okazali sie niezwykle ” w porzadku chlopami”. Pilnowali nas jak dzieci na kazdym postoju, zebysmy sie nie zgubili i na pewno wsiedli do odpowiedniego autokaru. Byli przesympatyczni. Cala podroz trwala ponad 20 godzin. Autokar zatrzymal sie na jakims podworzu. Wokolo ciemno. Nie wygladalo to ciekawie. Gdy tylko wysiedlismy poczulismy w powietrzu duszacy piasek i chlod. San Pedro de Atakama jest na  srodku pustyni, wiec dnie sa bardzo upalne, a noce bardzo zimne.  W tym momencie, jedyne o czym marzylismy to odpoczynek. Cieszylismy sie na mysl, ze wczseniej zarezerwowalismy nocleg w dobrym i przyjemnym hostelu. Rozczarowalismy sie bardzo jednak po przybyciu na miejsce, bo niemilo przywitala nas pani, ktora po pierwsze stwierdzila, ze rezerwacji nie ma a po drugie, pokoje sa po wyzszych stawkach niz zostalismy poinformowani przez telefon. Ostateczenie dostalismy zimna, ciemna nore z niedomykajacymi sie drzwami po ustalonej stawce. Rano nasz pobyt skonczyl sie wielka awantura, ale szkoda miesjca na blogu by opisywac cale zajscie.  Mamy nadzieje, ze to byl pierwszy i ostatni taki incydent w trakcie naszej podrozy.

Rankiem San Pedro de Atakama wyglada zupelnie inaczej niz wieczorem. Otaczaja je piaszczyste gory i z oddalil widac osniezony wulkan. Domki z gliny, piaskowe drogi, wypalone drzewa…Klimat San Pedro jest bardzo suchy. Gdy tylko przejedzie samochod, piasek czuje sie wszedzie, w nosie, gardle i w oczach. Przydatne sa wiec chustki i bandanki ktorymi mozna zakryc twarz gdy minie nas jakas ciezarowka albo inny pojazd. Po przeniesieniu sie do nowego hostelu-Intipara (goraco przez nas polecanego), wzielismy rowery i wyruszylismy na 16km wyprawe do doliny ksiezycowej. Po drodze mijamy niezwykle widoki. Docieramy do pierwszego postoju-kaniony. Dobrze, ze Marcin wzial ze soba latarke, bo w przeciwnym razie, ciezko byloby przejsc przez waskie i niskie tunele skalne, drazone przez wode przez setki lat-. Po wyjsciu z tuneli, wspiana sie po skalkach na gore by ujrzec zapierajacy dech w piersi widok. Nawet zdjecia nie oddaja uroku tego miejsca. 

Po drugim kanionie spaceruje sie gora nad przepasciami i wawozami. 

Nastepny przystanek to skalny “amfiteatr” i piaszczysta wydma, z ktorej rozchodzi sie niesamowity widok na cala doline ksiezycowa. Maszerujemy za mrowim tlumem turystow, by razem zachwycac sie pustynnym zachodem slonca.  Do San Pedro wracamy po zmierzchu. Na pustni robi sie ciemno bardzo szybko i naprawde nic nie widac. Marcin mial mala latareczke, dzieki ktorej moglam go widziec przed soba. Gdy tylko na chwile ja gasil, nie widzialam przed soba nic. Niebo nad pustnia jest przepiekne, pelne jasniejacych gwiazd, tworzacych wyraznie droge mleczna. ciekawym natomiast jest fakt, ze nie widac stad ksiezyca…

Nie wszedzie mozna dojechac rowerem i do odleglej pustni solnej, musielismy wykupic wycieczke z biura, lecz  udalo nam sie  ja zakupic po dobrej przystenej cenie.Laguny i tzw “oczka pustyni solnej” na tle bialej pokrywy solnej wygladaja magicznie. Brakuje slow by opisac piekno tych miejsc. Prosimy popatrzec na zdjecia;)

Trzeciego dnia, Marcin zdecydowal sie wyruszyc na 4dniowa wyprawe na pustnie Uyuni, pokonujac wysokosci ponad 45000m npm. Gdy rezerwowal wyprawe, zostal poinformowany, ze prawie nikt nie spi noca na takich wysokosciach, ludziom brakuje tlenu, wiec maja  go ze soba w jeep’ie. Zaopatrzeni tez sa w herbate z lisci koki, ktora  rozrzedza krew i pomaga przy chorobie wysokosciowej. Temperatura noca moze tam spadac do -35 stopni a na noclegach nie ma ogrzewania. Jednak kazdy twierdzi, ze i tak warto wlozyc wysilek by zobaczyc cuda boliwijskiej natury. Niestety, ja ze wzgledu na stan zdrowia, zostaje w Atakama i oddaje sie slodkiemu lenistwu.

 
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: