8.Nowa Zelandia (27.04-13.05)

Nowa Zelandia- zaczarowana kraina hobbitow i orkow. Tajemnicze wyspy owiane legenda. Basniowo zielone doliny, zaczarowane lasy porosniete mchem, drzewami paproci oraz wiekowymi, okazalymi drzewami kauri. Gdzie indziej, doliny z gesta mgla powstala ze stale parujacej ziemii, powuklaniczne kratery, urwiska skalne, bulgoczace, gorace blota….okazale gory okryte sniezna czapa i tropikalne dzungle. Jednym slowem w Nowej Zelandii znalezc mozna wszystko. Nie dziwne, ze wybrano to miejsce do nakrecenia filmu “Wladca Pierscieni”.

UWAGA!!! poniewaz podrozowalismy w wiele miejsc cale dwa tygodnie, relacja jest dosc obszerna, takze dla wytrwalych;) milej lektury!

Nasza przygode z Nowa Zelandia zaczelismy w Auckland.

Auckland jest miastem dosc dobrze rozwinietym. Niby podobne do kazdego innego duzego miasta w Stanach czy w Europie, ale ma swoj urok….tez ze wzgledu na usytuowanie-na wzgorzach. Wiekszosc domow jest w kolorze bialym, z drewna. Kazdy domek ma werandke. Wiekszosc takich domkow mozna, na przyklad, zobaczyc w dzielnicy Mount Eden, gdzie sie zatrzymalismy. Taka zabudowa sprawia, ze czlowiek czuje sie troche cofniety w czasie spacerujac waskimi uliczkami prowadzacymi w dol i w gore.

Pospacerowalismy po centrum, odwiedzilismy piekny port, z kawiarenkami i sklepikami oraz dzielnice artystow i outsiderow-slynne K-Road. Potem udalismy sie do eleganckiej dzielnice Ponsonby, z eleganckimi domami i drogimi butikami. Po czym wroclismy juz autobusem na Mount Eden, zielona dzielnice ustyuowana na wygaslym wulkanie.

Drugiego dnia troche chorowalismy po calodniowych spacerach w deszczu. Trzeciego dnia, wynajelismy pomaranczowy campervan o kosmicznej nazwie: ” spaceship” i ruszylismy w droge na polnoc wyspy.

Do Whangarei dojechalismy bardzo pozno. Miasto jest kiepsko oswietlne, wiec z trudem udalo nam sie znalezc droge na jedno z pol kampingowych znalezionych w przewodniku, ktory dostalismy od firmy wynajmujacej vana. Nie bylo tam zbyt przyjemnie i wlasciciel byl bardzo opryskliwy, wiec postanowilismy tam nie zostawac. Pojechalismy do marketu zrobic zakupy na kolejny dzien i stalismy dosc dlugo na parkingu wertujac mapy i przewodniki w poszukiwaniu kolejnego kampingu badz hostelu. Bylo juz po 11, wiec zastanawialismy sie czy wogole ktos nas gdziekolwiek przyjmie. Pogoda nie byla ciekawa. Robilo sie zimno i mocno wialo. I wtedy podjechal czarny van z panem duzych gabaretow zapytal czy nam nie pomoc.

-nie dziekujemy

-jestescie pewni? gdzie chcecie jechac?

-hmm, wlasciwie to…szukamy noclegu. Wie pan moze gdzie jest ta ulica? zapytalam wskazujac na mapie.

Pan pokrecil glowa i mowi: wiecie co? chodzcie do mnie do domu. Jest zimno i ciemno. Ja mam mila rodzine, spodoba sie Wam.

Na poczatku z pewnymi obawami ale przystalismy na propozycje.

Myslelismy na poczatku, ze tylko skorzystamy z parkingu, ewentualnie z lazienki. Przesympatyczna rodzinka skladajaca sie z Patryka, Nataszy, trojki chlopcow, nie pozwoila nam na spanie w samochodzie. Jak tylko zajechalismy na podworko, Patryk obudzil Tashe i zaprosili nas na herbate i ciastka, potem pokazali nam pokoj, gdzie mielismy nocowac i pralnie. w razie gdybysmy chcieli cos wyprac. Nagle dostalismy wszystko czego potrzebowalismy.

Okazalo sie, ze nie jestesmy jedynymi nieznajomymi, ktorzy trafili pod dach Nataszy i Patryka. Pare razy juz zdarzylo im sie przygarnac turystow szukajacych noclegu i nie tylko. Przez kilka lat mieszkala u nich bezdomna dziewczyna z dzieckiem, na ktora natkneli sie przez przypadek w opuszczonym budynku. Niedawno Tasha pomogla jej zalatwic dom socjalny i dzis jej dziecko mowi na Tashe babcia a na Patryka dziadek. Oprocz dwoch synow Nataszy (z pierwszego malzenstwa, maz Nataszy zmarl nagle kilkanascie lat temu), wychowuja tez jednego chlopaca adoptowanego (dziecko kolezanki Tashy). Natasza i Patryk sa ludzmi glebokiej wiary i wierza, ze ludzie sa po to by sobie nawzajem pomagac i tak wlasnie zyja. Natasza opowiadala, ze Patryk ja obudzil gdy przyjechalismy i powiedzial: “kochanie, czulem ze Bog chce bym im pomogl, takze zaprosilem ich do nas”.

Na drugi dzien rano, przyszli dwaj bracia Patryka, jeden z zona. Smiali sie, ze gdy tylko przychodza do tej rodzinki, zawsze jest ktos nowy, a to turysci, a to jakies nastolatki. Patryk i Natasza prowadza dom otwarty w pelnym tego slowa znaczeniu. Zaproponowali nam wspolne pojscie do kosciola baptystow, do ktorego naleza. Przystalismy na propozycje. Dla nas to tez bylo cos nowego, bo nigdy wczesniej nie bylismy na Mszy u Baptystow.

Po Mszy zaproponowali nam wycieczke w rodzinne strony Nataszy. Kazde plemie maoryskie ma swoj region, swoje ziemie przodkow. Od naszej zaprzyjaznionej rodzinki, dowiedzielismy sie, ze filarami filozofii zycia Maorysow sa; czlowiek i rodzina, duchowosc, kult przodkow i ziemia ojczysta, ktora bardzo kochaja.Dlatego tez, Natasza uwazala ze to bardzo wazne, zebysmy poznali skad sie wywodzi. Kazde plemie ma swoje miasteczko (gdzie glownie mieszkaja spokrewnieni ze soba ludzie), cmentarz (najczesciej na wzgorzu) i marae (czyli dom spotkan-zawsze przyozdobiony tradycyjnymi plaskorzezbami). W Marae odbywaja sie wazniejsze spotkania prowadzone przez starszych, oraz miejscem gdzie spotykaja sie zmarli z zywymi. Gdy ktos odchodzi, trumne wstawia sie do Marae. Przez 2-3 dni, przychodza tam ludzi, tam tez spia, jedza, modla sie, po prostu sa ze zmarlym, zanim odprowadza cialo zmarlego na cmentarz. Na cmentarzach nie modla sie nad grobami, bo wierza, ze dusza zmarlego jest stale przy nich i rowniez wtedy, gdy modla sie w domach.

Odwiedzilismy wiec ziemie przodkow Nataszy, potem Marae (czyli dom spotkan), miasteczko, dom Nataszy i Patryka (obecnie wynajmowany) i cmentarz na wzgorzu, gdzie pochowany jest pierwszy maz Nataszy. Dowiedzilismy sie tam rowniez, ze niezaleznie od tego gdzie czlonkowie plemiona mieszkaja, czy w Nowej Zelandii, czy w Australii, czy w Europie, gdy umra, ich ciala musza zostac sprowadzone do ziemii ojczystej i pochowane na cmentarzu, gdzie lezy cala rodzina i przodkowie. Ta zasada do dzis sie nie zmienila. Ze wzgorza rozciaga sie piekny widok na plaze i zatoki, pelne delfinow, lecz niestety nie mielismy szczescia z pogoda i widocznosc nie byla najlepsza, ale udalo nam sie zobaczyc jednego delfina z oddali. Caly dzien padalo i wialo, ale atmosfera wycieczki byla tak radosna, ze nawet ta ponura pogoda nie przeszkodzila nam sie swietnie bawic.

Ostatnim punktem wspolnej wycieczki byla wizyta w najstarszym miescie Nowej Zelandii-Russel, gdzie osiedlili sie pierwsi Europejczycy. Miasteczko tez na poczatku spelnialo funkcje stolicy. Tam tez znajduje sie pierwszy chrzescijanski kosciol w kraju, piekne galerie i muzea. Russel slynie tez z wysmienitych ryb. Patryk i Natasza stwierdzili, ze musimy sprobowac najslynniejsze fish’n’chips, ktora faktycznie smakowalo wyjatkowo. Napelnilismy zoladki i pojechalismy na prom, gdzie pozegnalismy sie z nasza super rodzinka.

Padalo coraz mocniej i robilo sie ciemno, wiec nie odjechalismy daleko. Zajechalismy na pierwszy kamping jaki znalezlismy w miejscu o nazwie Pahia i tam zostalismy na noc.

Rano pojechalismy do miasteczka-Pahia, skad odplywaja statki w kierunku tysiaca malych wysepek w okolicy, stad nazwa the Bay of Islands. Powinnam byla juz wspomniec wczesniej, ze prawie przez cala nasza trase polnocno-wschodnim wybrzezem mijamy lasy porosniety drzewami paproci, co wyglada naprawde magicznie. Gdy docieramy do Pahia, okazuje sie, ze wzgledu na bardzo kiepska pogode, nie uda nam sie wyplynac na zwiedzanie wysepek w Bay of Islands. Padalo coraz mocniej, wiec wsiedlismy szybko do naszego spaceship’a i skierowalismy sie w kierunku historycznego miejsca Waitangi. Miejsce to jest szczegolnie wazne dla Maorysow, bo wlasnie tam ich historia zmienila kierunek. W Waitingi zostal podpisany dokument, pomiedzy 45 wodzami Maoryskimi i Brytyjczykami. Traktat stwierdzal, ze ludnosc maoryska oddaje suwerennosc koronie angielskiej, w zamian za protekcje Krolowej i przyznanie takich samych praw obywatelskich ludnosci Maroyskiej jakimi cieszyli sie Anglicy. Zawieral rowniez zapewnienie o nienaruszalnosci ziem nalezacych do ludnosci Maoryskiej.

Postanowienia traktatu jednak nie byly respektowane. Po wielkiej wojnie ziem miedzy ludnoscia Maorysow i Europejczykami zamieszkujacymi Nowa Zelandie, tereny Maorysow w duzym stopniu zostaly skonfiskowane przez rzad. Poza tym, od samego poczatku, traktat nie byl wazny, poniewaz przetlumaczone na jezyk maoryski slowo “suwerennosc” (kawanatanga), ktore pojawilo sie w traktacie, w ich jezyku ma inne konotacje niz w jezyku angielskim, wiec wodzowie Maoryscy zgodzili sie na troche inne warunki, niz to zrozumieli Anglicy. Dzis w miejscu podpisanie traktatu znajduje sie Muzeum, gdzie mozna zobaczyc orginalny dokument. MIejsce to jest bardzo wazne dla Maorysow, poniewaz od tego czasu tocza bitwy z rzadem o odzyskanie nieprawnie skonfiskowanych ziem. Na poczatku wydawalo nam sie, ze ludnosci Maoryska zyje i funkcjonuje dosc dobrze obok ludnosci bialej (tak to wygladalo z naszych obserwacji). Gdy Marcin jednak wyrazil glosno taka opinie przy Natashy, ona tylko westchnela i powiedziala: ” tak, zyjemy razem”.

Z Waitangi, pojechalismy do slynnej zatoki Tauranga Bay, ktora slynie z pieknej plazy. Jest tez to miejsce uznawane za jedno z lepszych do surfingu i faktycznie sureferow tam nie brakowalo. Pochodzilismy, ugotowalismy sobie obiadek w vanie i zatrzymalismy sie na miejscowym kampingu. Kamping usytuowany w malowniczym miejscu,ale nie polecamy ze wzgledu na kiepski standard w stosunku do ceny jaka trzeba zaplacic-18 dolarow za osobe, za bardzo kiepsko wyposazona kuchnie, nieciekawe lazienki pelne komarow i miejsce parkingowe. Z Taurangi Bay trasa prowadzi do kolejnej pieknej zatoki o nazwie Matauri Bay. Stad juz niedaleko do waznego historycznie Kerikeri, ktore bylo pierwsza osada misjonarzy w Nowej Zelandii. Kerikeri znane jest rowniez dzieki najstarszemu budynkowi w Nowej Zelandii-the Stone Store oraz dobrej kuchni. Spedzilismy w miasteczku pol dnia, a ze oboje czulismy sie ponownie troche chorzy, po dwoch dniach spedzonych w vanie, przy fatalnej pogodzie, potrzebowalismy cieplejszego kata na kolejne dwie noce. Zupelnie przez przypadek wybralismy nocleg w Ahipara-Endless Summer Lodge. Okazalo sie, ze to byl strzal w dziesiatke. Nie dosc,ze hostel byl super przyjemny i cieply, to miejsce przepiekne. Dom usytuowany na wzgorzu tuz przy super dlugiej plazy, pelnej muszli i roznorodnego ptactwa.

Podkurowalismy sie dwa dni i ruszylismy dalej na polnoc. Przez miasto Kaitaia, gdzie w sumie nic ciekawego nie widzielismy pojechalismy wzdluz 90 milowej plazy

do jednego z najbardziej wysunietych terenow Nowej Zelandii na polnoc-Cape Reigna. Jest to swiete miejsce dla spolecznosci Maorysow. Wierza oni, ze dusza po smierci, przybywa do Cape Reinga, i tam schodzi korzeni starego drzewa pohautakawa (drzewko z pieknymi czerwonymi kwiatami) wraca do swiata skad przybyli do Nowej Zelandii przodkowie-Tawaiti. Dlatego tez wierzy sie, ze Cape Reinga jest tez miejscem, gdzie mozna “porozmawiac” z duszami przodkow.

Wracajac z Cape Reigna, nie mozna nie zatrzymac sie na wydmach piaskowych, skad mozna zjechac na desce lub na saneczkach. Dostalismy saneczki z hostelu Endless Summer, ale niestety tylko Marcin mogl skorzystac z tej wyjatkowej przyjemnosci zjechania z wydmy, poniewaz by sie tam dostac, trzeba bylo przejsc przez naturalny basen lodowatej wody a ze Adrianka chorowala i chorowala i nie mogla sie wychorowac, to zostalo jej tylko patrzenie z dolu i robienie fotek;(

Tego dnia przejechalismy naprawde sporo drogi, bo dojechalismy az do Kohukohu. Caly czas mocno padalo, wiec postanowilismy zatrzymac sie w hostelu tej nocy. Spotkalismy tam nowozelandzkiego rybaka, ktory ze wzgledu na dosc skomplikowana sytuacje rodzinna, zmuszony zostal zamieszkac w hostelu na kilka miesiecy. Poczestowal nas swieza, pyszna rybka (ktorej nazwy nie pamietam) i opowiedzial wiele ciekawych historii, o ucieczce przed rekinem, o sztormach i o wielokrotnej ucieczce przed smiecia na morzu.

Rankiem, przekroczylismy zatoke promem i przedostalismy sie do Opoponi, skad ruszylismy na poludnie. Celem dnia bylo zobaczenie magicznych drzew Kauri. Gatunek drzew Kauri jest najstarszym gatunkiem drzewa na swiecie (pojawil sie juz w erze jurajskiej, jakies 190mln lat temu). Kauri trees naleza do najszerszych, ale nie najwiekszych.

Waipoua Forest, gdzie pojechalismy zobaczyc drzewa kauri, nalezy do najstarszych lasow na swiecie. Najpierw pojechalismy zobaczyc najwieksze drzewo Kauri w Nowej Zelandii- Tane Mahuta a potem pospacerowalismy kilka kilometrow dalej zobaczyc 7 co do wielkosci najwieksze drzewo kauri i jedno z najszerszych-Yakas. Yakas podobalo nam sie duzo bardziej, poniewaz nie bylo ogrodzone i mozna bylo je objac, dotknac, poczuc. Bardzo fajnie! Naprawde polecamy spacer do Yakas, nie tylko ze wzgledu na drzewo Yakas, po drodze mija sie Cathedral Grove, czyli miejsce magicznych drzew…przepiekne (niestety nasze zdjecia robione w pochmurny, deszczowy dzien nie oddaja piekne tego co tam widzielismy), urocze drzewa paproci i inne rosliny, ktore u nas w POlsce mozna zobaczyc jedynie w doniczkach.

Pieknym zakonczeniem naszej wycieczki byla wizyta w muzeum Kauri w Matakohe.

Muzeum nie tylko pozwala dowiedziec sie wiecej o znaczeniu drzew kauri dla ludnosci lokalnej oraz o sposobach scinania i obrabiania drzewa, ale rowniez o codziennym zyciu pionierow przybywajacych w okolice Matakohe na przelomie XIX i XX wieku. Nie spodziewalismy sie, ze muzeum drzewa Kauri moze byc tak fascynujace. Mala rada-potrzebne sa przynajmniej 2 pelne godziny, zeby spokojnie obejsc muzeum. My mielismy troche mniej czasu, wiec wychodzilismy z muzeum razem z paniami, ktore tam pracowaly (my tak zawsze na ostatnia chwile:). Gdy wychodzilismy z muzeum, ponownie lalo jak z cebra, wiec dojechalismy az za Auckland i tam na uroczej i duzej stacji benzynowej, zrobilismy sobie postoj na nocleg. W samochodzie mielismy DVD i filmy, wiec nie bylo zle.

Rano ruszylismy w kierunku Rotorua i the Bay of Plenty. Na chwile zboczylismy z trasy glownej prowadzacej do celu, by zobaczyc Matamata, czyil miasteczko, w okolicach ktorego zbudowano Hobbiton-czyli doline Hobbitow. SZybko jednak zweryfkowalismy nasze plany odwiedzenia tego miejsca, poniewaz w informacji turystycznej powiedziano nam by zobaczyc domki, ktore pani nam pokazala na fotografii (i ktore wczesniej widzielismy w filmie), musimy zaplacic ponad 60 dolarow od osoby. Na zdjeciach zielone pagorki wygladaly dokladnie tak samo jak te, ktore mijalismy w okolicy Matamata, a te kilka domkow wystarczylo nam zobaczyc na zdjeciach(i tak mozna bylo je zwiedzac jedynie od zewnatrz) , wiec zrezygnowalismy.

Po drodze zatrzymalismy sie jeszcze w jednym ciekawym miejscu-przetworni miodow Arataka. Marka ta znana jest glownie z rozprowadzania slynnych miodow Manuka honey, ktore ze wzgledu na swoje bakteriobojcze wlasciwosci staly sie slynne na caly swiat.

Gdy weszlismy do srodka porozmawiac z pracownikami, dowiedzielismy sie, ze przetwornia nie chce juz eksportowac miodu za granice, poniewaz z trudem starcza im miodu Manuka by spelniac zapotrzebowania rynku lokalnego. Obecnie miod manuka jest rowniez szeroko wykorzystywany w kosmetyce.

Do Rotorua dojechalismy wieczorem. Na noc zatrzymalismy sie w Funky Green Voyager, ktorego nie polecamy, ze wzgledu na wlascicieli.Miejsce niedrogie i czyste, prowadzone przez Niemke i Nowo Zelandczyka. Para ta dosc ekscentryczna, dziwaczna i bardzo zlosliwa w stosunku do gosci, co wydaje nam sie dziwne w biznesie hotelarskim, ale moze rzecz gustu. Wieczorem znowu oboje bylismy lekko chorzy, wiec wiele nie zobaczylismy.

Rankiem wybralismy sie do Waiotapu Thermal Wonderland, czyli miejsce geotermalnej aktywnosci ziemii. Po drodze zabralismy dwoch autostopowiczow-Francuza i Belga. Bardzo sympatyczni koledzy. Spedzilismy z nimi caly dzien w parku, spacerujac miedzy bulgoczacymi wodami termalnymi, siarkowymi dolinami, parujacymi blotniskami i goracymi kraterami. Widoki zadziwiajace i bardzo ciekawe. Jedyne co nam sie nie podobalo w parku to gejzer Lady Gnox. Dawniej na te tereny wyslano wiezniow do karczowania lasow. Przez przypadek jeden z nich natknal sie na gorace zrodlo. Postanowail skorzystac z okazji i nastepnego dnia, przyniosl mydlo do prania i brudna odziez. Gdy zaczal prac, jego ubrania zostaly przeniesione w inne miejsce, poniewaz woda termalna weszla w reakcje z chemikalniami zawartymi w mydle i wystrysnela w gore jak gejzer. Wiezniowie postanowili zalac zrodelko betonem i stworzyii w niego gejzer, ktory dzis jest sztucznie “pobudzany do zycia” przez przewodnika ,ktory do srodka wrzuca kawalki mydla. Komercja dla turystow-nie polecamy!!!!! Wieczorem udalismy sie na spacerek nad jezioro Rotorua-bardzo urocze jeziorko z labudkami. Ze wzgledu na to, ze ja poczulam sie zdrowa, poszlam do slynnego Plynesian Spa na 7 basenow z woda termalna, gdzie temperatura siega od 38-42 stopni celciusza (tu mozna poczytac wiecej-

http://www.polynesianspa.co.nz/the -baardzo przyjemne miejsce). Marcinek kurowal sie w hostelu tym raem. Jak widac nasz wyjazd do Nowej Zelandii przebiegal pod haslem;” zwiedzamy i chorujemy”.

Natepny nasz przystanek to okolice Taupo. Pierwszy przystanek to dolina wuklaniczna Mangaui. Nie mielismy czasu by wybrac sie na trekking i podziwialismy ja tylko z gory, ale jest naprawde piekna i na pewno warto poswiecic jej wiecej czasu. Potem zatrzymalismy sie przy najwiekszym sklepiku miodowym w Nowej Zelandii, czyli koncert zyczen na temat miodu-degustacja miodow, likierow miodowych, miodow pitnych, lodow z miodem. Mozna wypic kawe z miodem i zjesc ciasteczko oraz cukiereczka miodowego oczywiscie oraz kupic odmladzajcy kremik z miodem Manuka. Bardzo przyjemne miejsce-slooodkie!

Niedaleko od postoju “Przczolka”, znajduja sie slynna elektorownia wodna Aratia Rapids oraz wodospady Huka o cudownie blekitnym kolorze wody, w poblizu ktorych mozna odbyc kilkugodzinny spacer po uroczych lasach.

Dojezdzajac do miasta, mozna podziwiac widok na miasto i jezioro Taupo, powstale w kraterze wulkanu. Miasteczko Taupo jest nieduze, czyste i bardzo ladne. Tak jak ladne jest miasto, tak przyjemnych ludzi mozna spotkac w hostelu Rainbow Lodge, przy ktorym skorzystalismy z kampingu (kolejne miejsce warte polecenia ze wzgledu na klimat,cene i super przyjemnego wlasciciela). Rankiem wybralismy sie zobaczyc kratery ksiezycowe, gdzie krecono scene z Golumnem z Wladcy Pierscieni. Teren wyglada bardzo tajemniczo. Caly paruje. Podczas calej wedrowki, slychac syczenie i ciche bulgoczenie wod. Mozna sie tam poczuc zupelnie jak na innej, mrocznej planecie. W drodze powrotem do Taupo, zatrzymalismy sie w galerii szkla wuklanicznego, z pieknymi wyrobami i mniej ciekawymi cenami. Mielismy tez okazje zobaczyc tam w jaki sposob wypala sie wuklaniczne szklo.

Ostatnim punktem wycieczki do Taupo, byla wedrowka na uspiony wulkan Tauhara, polozony 1088 m.n.p.m, czyli dosc przyjemny spacer. Widoki zarowno po drodze na szczyt jak i na samym szczycie zapierajace dech w piersi. Wchodzi sie przez gesty las, porosniety jasno-zielonym mchem, ogromnymi paprociami i pieknymi drzewami. W trakcie wedrowki towarzyszyly nam dosc glosne spiewy najrozniejszych ptakow oraz szum strumykow. Ze szczytu rozposciera sie widok na dwa wulkany oraz jezioro i miasto Taupo. Najslynniejszym miejscem w okolicy jeziora Taupo jest Tongariro Crossing.

Uznawany za najlepsze miejsce trekkingowe w Nowej Zelandii i znajdujace sie w 10 najlepszych miejsc trekkingowych na swiecie. Jest to rowniez miesjce, gdzie krecone byly sceny z Mordoru we Wladcy Pierscieni. Gdy przyjechalismy do Taupo, w centrum informacji przedstawili nam obraz wyprawy bardzo dramatycznie. Ze wzledu na niska temperature na szczycie oraz trudne podejscia, sugerowano odpowiedni sprzet, odzienie oraz przygotowanie. Dlatego tez nie czulismy sie na silach podjac sie zadania 8 godzinnego tak wymagajacego trekkingu. Nastepnego dnia na szczycie Tauhara poznalismy chlopaka, ktory byl tam dzien wczesniej i jego relacja (nie tak drastyczna jak osob w biurze informacji) sklonila nas do zmiany dezycji i wyruszenia na Tongariro Crossing. Zmienila sie jednak rowniez pogoda i musielibysmy czekac koleje kilka dni w Taupo. Takie rozwiazanie nie bylo mozliwe ze wzgledu na wylot do Chile. Opuscilismy wiec Taupo i wrocilismy przez Rotorua do Auckland. Wrocilismy do Rotorua poniewaz bardzo nam sie spodobalo. Marcin chcial tez skorzystac z basenow termalnych a pogoda byla kiepska, wiec udalo nam sie odwiedzic Polyniesian Spa oraz muzeum historii i sztuki Rotorua, ktore znajduje sie w budynku dawnego sanatorium,do ktorego  na przelomie XIX i XX wieku przyjezdzali ludzie z calego swiata leczyc sie z pomoca uzdrowiskowych wod. Nadal mozna zobaczyc jakiego sprzetu uzywali lekarze i rehabilitanci i jak przebiegal pobyt rekonwalescentow.  W drugiej czesci muzeum , znajduje sie wystawa poswiecona ludnosci MAoryskiej Arawa. Przesledzic mozna droge migracji plemion Arawa od Afryki przez Azje, wyspy Polinezji az do Nowej Zelandii oraz podziwiac mozna liczne rekodziela maoryskie. Przezympatyczna pani przewodnik, wytlumaczyla nam rowniez znaczenie tatuazy na twarzy i ciele Maorysow. Podluzne linie przedstawiaja historie przodkow. Po jednej stronie od strony ojca, po drugiej od strony matki. Mezczyzni tatuuja cale twarze. Kobiety maja tatuaze jedynie na brodzie az do nosa i usta tatuuja na czarno. Jeszcze dzis mozna w niektorych miejscach zobaczyc mezczyzn i kobiety z takimi tatuazami (my takich spotkalismy np. w markecie w Kaitaia, gdzie mieszka duza liczba ludnosci maoryskiej). Z Auckland juz zupelnie zdrowie, wylecielismy do Ameyki Poludniowej

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: