2.Thailand (3.02-11.02.2011)

Pierwszy przystanek-Bangkok. Zaraz po opuszczeniu samolotu, udalismy sie na przystanek Express bus, skad autokar dowiozl nas na Khao San Road. Dlaczego tam?? Mozna tam tanio i dobrze zjesc na ulicy:) i jest to dobra baza wypadowa do zwiedzania. Poza tym, bylismy przekonani, ze poniewaz jest to prawie mekka backpackersow, to bez problemu uda nam sie znalezc niedrogi nocleg. Zmeczeni, spoceni wytoczylismy sie z ciezkimi plecakami z Express Bus na gwarne i glosne Khao San no i sie zaczelo…wedrowka od hotelu do hotelu w poszukiwaniu noclegu…a jednak okazlo sie ze byl problem. Nie wiem czy cala Europa tam zjechala w jednym czasie, czy co innego, fakt byl jeden, tani czy drozszy, dziura czy nie, nigdzie nie bylo wolnego pokoju. Przeszlismy cale Khao San, potem skierowalismy sie na rownolegla Rambuttri i ta sama historia. Po blisko 2 godzinach, udalo sie w koncu znalezc pokoik, a raczej ciemna dziuple na 4tym pietrze w miejscu o nazwie Orchid House-stanowczo nie polecamy!!! Jednak po tak ciezkim dniu, sam fakt ze moglismy sie gdzies umyc i zostawic nasze plecaki to juz bylo cos! Jedzenie na ulicy poprawilo nasze humory. Khao San przywital nas pysznym makaronem Pad Thai, koktailem ze swiezo wyciskanych mango z jogurtem i nalesnikami z bananem i czekolada. Zmeczeni i najedzeni tak zakonczylismy nasz DAY 1 podrozy.
Day 2: Rankiem, a raczej blisko poludnia ( bo lokalnego czasu polozylismy sie spac ok 3 nad ranem a wstalismy ok 12) przywitalo nas piekne slonce i parne powietrze. Postanowilismy przeznaczyc dzien na poszukiwanie nowego noclegu i zalatwienie wizy do Vietnamu. Ruszylismy na Khao San na sniadanio obiad i po drodze sympatyczna Tajka zdazyla nas juz powiadomic, ze nasz plan legl w gruzach. Okazalo sie, ze ambasada Vietnamu bedzie otwarta dopiero od poczatku tygodnia ( a byl to piatek), poniewaz Tajowie i Wietnamczycy wspolnie z Chinczykami obchodza Chinese New Year. Pierwsza mysl-uciekamy stad, bo gwar i duszno i jedziemy nad morze do Cha-am odpoczac przez weekend. Potem jednak przemyslelismy sprawe, ze jednak skoro Chinese New Year, to warto sie wieczorem byloby wybrac do China Town.
Dzien wczesniej, miedzy koktajlem a nalesnikiem:) odkrylismy nieduzy, aczkolwiek uroczy hotel ukryty w malej uliczce. Zapytalismy o cene, nie bylo zle i w sumie hotel wygladal dobrze. Oczywiscie, byl fully booked, ale uprzejmy pan Taj, poinformowal, ze jak sprobujemy jutro to moze…wiec uderzylismy prosto tam i mielismy to szczescie ze jeden pokoj sie zwolnil, ten troche drozszy ale nadal ok. Ten hotel o nazwie AT HOME naprawde polecamy. Oddalony od szalonej muzyki, krzykow ulicznych i przeroznych bitow, usytuowany na bocznej uliczce uslanej resturacjami i barami dla wegan i wegetarian oraz szkolami gotowania (mam zamiar sie tam jeszcze wybrac na szybki kurs;) i przede wszystkim czysty, przyjemny.
Juz bylismy happy, los ponownie sie do nas usmiechnal, wiec przenieslismy bagaze i ruszylismy na podboj Bangkoku. Tyle ze na podboj, okazlo sie ze troche pozno, bo zanim dotarlismy do Palacu Krolewskiego zobaczyc Szmaragdowego Buddhe, to mielibysmy tylko godzine na zwiedzanie, a to zbyt malo jak na taki kompleks ciekawostek. Postanowilismy odlozyc zwiedzanie tego obiektu na kolejny nasz przyjazd do bangkoku i uderzylismy w strone Wat Arun. Po drodze jednak nasza uwage przykul kolorowy rynek z ciekawym jedzonkiem, wiec zboczylimy z drogi na chwile. Idac przez rynek dotarlismy do portu i tam dopadl nas jakis mezczyzna mniej wiecej w naszym wieku, ktory francuskim angielskim zapytal nas czy nie chcemy z nim i jego dziewczyna plynac na rejs po rzece Chao Phraya, (by podzielic koszty po polowie) bo cena taka sama niezaleznie od ilosci osob.
Po chwili namyslu, przystalismy na propozycje sympatycznego kolegi-Ethiana i jego dziewczyny z francuskiej czesci Belgii. Wynegocjowalismy jeszcze nizsza cene z przewoznikiem plus zgodzil sie by nadrobic dodatkowej drogi i dowiezc nas lodzia do China Town, gdzie mniej wiecej za godzine mialy sie zaczac wystepy.
Podroz po rzece okazala sie strzalem w dziesiatke, nie tylko ze wzgledu na widoki i mozliwosc zobaczenia zycia Tajow na rzece, ale tez ze wzgledu na wyborne towarzystwo naszych nowych znaomych-Belgow. China Town przywitalo nas tlumem ludzi, czerwonymi lampionami oraz rzedem kramow tworzacych niekonczaca sie rzeke. Bylo tam wszystko, poczawszy od robaczkow smazonych, przez roznego rodzaju dziwne mieska, warzywka i stwory morskie, po kolorowe lalki, lampeczki i inne chinskie bibeloty. Ogolnie, niezly fun.Na poczatek skusilismy sie na osmiornice z grilla. Ja sie koniecznie uparlam zeby zobaczyc noworoczego smoka, o ktorym slyszalam, ale o smoku ni widu nie slychu. Poniewaz w China Town nikt nie mowi po angielsku, a Marcin ma wprawe po swojej ostatniej podrozy po Chinach w komunikowaniu sie z Chinczykami mowa ciala, pieknie udalo mu sie skopiowac ruchy smoka, bo pan ze straganu zrozumial i wskazal kierunek ruchu…..smoka. 🙂
Po mniej wiecj poltora godzinnym przeciskaniu sie miedzy ludzmi i straganami i kosztowaniu tych ulicznych ciekawostek, uslyszelismy bebny, ktore zwiastuja taniec smoka. No i w koncu udalo sie! przed soba zobaczylismy trzy kolorowe smoki i wiele innych postaci, miedzy innymi tanczacego buddhe. W oddali na wysokim slupie na roznych stopniach staly osoby ubrane na zolto. Kazda z nich trzymala czesc smoka, ktory tworzyl monumntalna calosc zakonczona glowa smoka, przypominajaca samochod isuzu… (byl to sponsor calej imprezy).
Po obejrzeniu calej parady, wrocilismy wspolnie na Khao San, gdzie zakonczylismy dzien dobrym posilkiem i pogawedkami prawie do polnocy. Nasi nowi przyjaciele wracali do Belgii nastepnego dnia, ale mamy nadzieje, ze jeszcze kiedys sie z nimi spotkamy.

CHAAM & HUA HIN

Powtorka z wycieczki, czyli ponad godzinne szwedanie sie z plecakami za noclegiem. Znalezlismy jakis niedrogi pokoj w dzielnicy klubow go go i barow. Pokoj niezly, tyle ze ta dzielnica…ale na pierwsza noc, ok. Zostawilismy plecaki i poszlismy na maly check out, gdzie mozna sie przeniesc, gdzie zjesc itd. Nastepnego dnia udalo wytropilismy nowe miejsce na nocleg, czyste i przyjemne, za dobra cene, czyli jak sama jego nazwa mowi Perfect house.

Kolejne nasze 4 dni pobytu to Cha-am i Hua Hin
Cha-am to niewielka miejscowosc wypoczynkowa, glownie przyjezdzaja tu Tajowie, choc Europejczykow tez mozna zobaczyc, jednak duzo mniej niz w Hua Hin, gdzie blisko plazy ciezko jest spotkac Taja. malo tutaj bialych. Miejsce naprawde spokojne, piaszczyste plaze Chaam ciagna sie kilka kilometrow. Na tej przestrzeni mozna znalezc wioske rybacka, gdzie mozna zjesc rybke wlasnie zlowiona, typowe tajskie domki, taniej i sredniej klasy hotele, ale tez luksusowe resorty. Dla wszystkich jest miejsce by wypoczac z dala od gwaru i nadmiaru komercji.
Drugiego dnia pobytu raniutko wynajelismy skuter i przewiezlismy nasze rzeczy do Perfect Place guest house. Potem piekna plaza i leniuchowanie wsrod Tajow, dla ktorych bylismy nie lada atrakcja (akurat wyladowalismy w czesci Cha-am gdzie wakacje spedzaja lokalni).
Patrzyli na nas jak na okazy, bo bylismy jedynymi bialymi na tej czesci plazy a ja w tym swoim europejskim kostiumie czulam sie prawie naga. Wszystkie Tajki kapia sie w koszulkach i spodenkach (moj plan to jutro zakupic stroj przypominajacy Tajski;). Jedna z Tajek podeszla zapytac czy moze sobie z nami zrobic zdjecie bo niby my tacy piekni, my patrzac na nia myslelismy zupelnie odwrotnie, no ale tak nalegala ze nie moglsmy sie nie zgodzic;)
Po opalanku, czytanku i kapieli, udalismy sie naszym pieknym skuterem marki Honda do polozonej o 25km od Chaam miejscowosci Hua-hin, ktora jak juz wyzej wspomnialam jest miejscowoscia duzo wieksza, tez glosniejsza od Chaam. Wlasciwie w poblizu plazy wybudowane jest jakby male miasteczko, gdzie mozna znalezc kuchnie i produkty z calego swiata. Ceny rowniez wyzsze.
Zanim jednak dotarlismy na ten slynny bulwar przy plazy w Hua Hin, po drodze minelismy bar/restauracje, przy ktorej zatrzymywalo sie mnostwo skuterow. Postanowilismy zatrzymac sie tam rowniez i tym sposobem odkrylismy raj dla smakoszy. Bufet otwarty z bogactwem tajskich, pachnacych dan za 109 BHT za osobe (2.6 Eur, ok.10zl); krewetki, malze, sushi, roznorakie ryze, makarony, rybki, miesa, lokalne slodkosci, swieze owoce, lody i wiele innych pysznosci. Kazdy dostawal na stol rondelek, na ktorym mogl samodzielnie wypiec swoje miesko lub ugotowac krewetki. Niestety nazwa lokalu byla jedynie po tajsku, przez co ciezko nam polecic to miejsce po nazwie, ale jesli ktos uda sie do Hua Hin i zapyta o tego rodzaju bar, moze uda sie go znalezc, bo wygladal na popularny nie tylko wsrod miejscowych ale takze turystow. Z zadowolonymi zoladkami, ruszylismy w kierunku plazy. Po krotkim spacerku po tych okolicach, wrocilismy do naszego spokojnego Cha-am.
07-02- od rana postanowilismy zrobic kilka fotek Cha-am, by sie moc podzielic z Wami tym co tu ogladamy:) potem zaczelismy szukac czegos na sniadanie…hmm, ciezka sprawa…tutaj raczej pieczywa sie nie znajdzie, moze cos co przypomina pieczywo, mocno nadmuchane, robione na styl europejski. Pana z nalesnikami na ulicy tez jak na zlosc nie bylo. Zostal nam market i ciastka z pudelka. Do tego jednak pyszna kawa ( na szczescie z kawa tu nie ma wiekszego problemu i jest bardzo dobra). Zastanawialam sie co Tajowie jedza na sniadanie i okazalo sie ze jedza zupe ryzowa i do tego pija mocna tajska kawe z cykoria (takiej jeszcze nie probowalismy, wiec trzeba sie zorientowac gdzie mozna skosztowac). Koleje rzeczy ktorych tego dnia szukalismy i nie znalezlismy, badz znalezlismy z wielkim trudem to krem nawilzajacy po opalaniu, nie wybielajacy i krem do opalania, z faktorem mniej niz 50+ nie wybielajacy. Naprawde ciezka sprawa….mydlo najlatwiej dostac w kostkach nie w plynie no i jesli ktos ma krecone troche wlosy jak ja, to do ukladania pozostaje mu ciezki japonski Wax, po ktorym wlosy nie wygladaja zbyt ciekawie. Takze dobra rada-kosmetyki lepiej zabierac z kraju. My chcielismy zaoszczedzic sobie dodatkowych kilogramow juz na starcie i zostawilismy je w Londynie (blad!) Jeszcze wroce krotko do tematu wybielania. Bardzo wiele kobiet szczegolnie jest wysmarowana taka biala mazia, ale tez wiele kobiet chyba juz jest po wybieleniu (a moze po jakims wypudrowaniu), bo ich skora jest dziwnie jasna i szczerze to nam sie nie podoba. Bardzo dziwnie i jakos sztucznie to wyglada. Mamy juz dzieciom malym smaruja buzki i raczki tymi bialymi maziami. Swiat jednak jest przewrotny, my kladziemy samoopalacze, a Azja srodki wybielajace.
Reszta dnia, bez zmian, plazowanie, tym razem naprawde super! Wiekszosc Tajow wyjechala po weekendzie, wiec plaze byly puste. Moglismy wybierac i przebierac na ktorej czesci plazy chcemy sie rozlozyc:). Wieczorem dotarlismy do portu rybackiego. Naprawde polecamy! Mozna zobaczyc jak kutry pod wieczor wracaja z polowow, jak wyladowuja najrozniejsze rybki, kraby, krewetki i inne stworzonka. Obok bary, gdzie mozna zjesc swiezo zlowionego raka, albo kraba albo rybke. No to sie skusilismy…a co!
Wogole ta czesc rybacka wyglada troche jakby tam sie czas zatrzymal i ma niesamowity klimat. Mozna tam tez niedrogo kupic pyszne slodkie owoce. My dzis postawilismy na arbuza i dwa rodzaje mandarynek. Jutro wracamy tam na raka!

BANGKOK-POWROT

Starajac sie dotrzec do ambasady Wietnamu, dotarlismy do nowoczesnego centrum miasta. Tutaj wlasnie widac najbardziej jak Tajlandia otwiera sie na wspolprace miedzynarodowa i jak preznie sie rozwija. Centrum otoczone jest wysokimi nowoczesnymi drapaczami chmur. W tle widac rosnace nowe budowle ze szkla i metalu. Na ulicach sporo bialych. Tutaj mozna znalezc luksusowe domy handlowe i chyba kazda znana amerykanska marke. Co jakis czas mija sie Sturbucks, Pizza hut czy KFC. Nie brakuje tez duzych sklepow Prady, Louis Vitton i innych znanych marek. Centrum miasta jego obrzeza roznia sie nie tylko wygladem ale i cenami. Jesli ktos zmeczy sie przechadzaniem miedzy wysokimi budynkami, odpoczynek odnalezc mozna w pobliskim parku, pieknie zadbanym, gdzie o swicie chinczycy trenuja tai chi, wiec i my tam odpoczelismy. Nastepnie udalismy sie na ulice handlowa, Silom Road, gdzie znalezlismy urocza restauracje prowadzona przez sympatycznego Wlocha z Florencji. Europejskie jedzenie, tj. jak pizza, spaghetti, czy hamburgery maja europejskie ceny, ale juz troche znudzil nam sie makaron i ryz, wiec zatesknilismy ze czyms nie-azjatyckim.
Najpiekniejszym punktem dnia okazal sie powrot lodzia-Express Boat za jedyne 14 THB w okolice Khao San. Bangkok wyglada naprawde romantycznie po zmierzchu. Dachy watow oblozone zlotymi szkielkami odbijaja swiatla plynacych lodzi, wiec wygladaja jakby byly pokryte migajacymi swiatelkami i jak do tego dolozyc widok buddyjskich mnichow powracajacych do swoich swiatyn w jaskrawych pomaranczowych szatach to naprawde taka przejazdzka robi wrazenie. Jak najbardziej polecamy!
Nastepnego dnia rano postanowilismy zwiedzic Palac Krolewski i Szmaragdowego Budde.
Po drodze zagadnela nas Shauna z Seatlle, z ktora razem wybralismy sie na zwiedzanie a potem na Thai Pad (najbardziej popularne uliczne danie-bardzo smacznego zreszta) na pobliskim rynku. Palac Krolewski i caly kompleks budynkow wokol niego robia niesamowite wrazenie. Tysiace zlotych i kolorowych szkielek, rzeb, plaskorzezb oraz malowidel przedstawiajacych scenki z legend i nie tylko. Przed swiatynia Szmaragdowego Buddy stoi duzy dzban wypelniony woda. Obok kwiaty lotosu. Zanim wierni wejda do swiatyni, podchodza do tego dzbana, kwiat lotosu mocza w wodzie i pokrapiaja nia swoje glowy.
Szmaragdowy Budda jest co prawde tak niewielkich rozmiarow ze ciezko mu sie przyjrzec, nie mniej jednak warto zwiedzic swiatynie zarowno od wewnatrz jak i jak obejsc wokol. Jest naprawde imponujaca.
Jedyny problem byl w tym, ze zobaczenie calosci wymaga kilku dobrych godzin. Musilismy miec dlugie spodnie(zakarywajace kostke) i zakryte ramiona, a ten dzien byl tak duszny i upalny, ze ciezko dosc nam sie zwiedzalo. Na dodatek nie wzielismy ze soba ani jedzenia ani picia (a ja bylam bez sniadania), wiec jesli ktos ma zamiar zwiedzac Palac Krolewski i Swiatynie Szmaragdowego Buddy, prosze nie popelniac tego samego bledu co my:)))
Pad Thai na pobliskim rynku nas uratowalo i dodalo sil by jechac do centrum odebrac wize.
Do nowoczesnego centrum naszym ulubionym srodkiem transportu czyli Express boat, potem kilka przystankow kolejna nadziemna i bylismy na miejscu. Bylismy pod wrazeniem jak swietnie skomunikowany jest Bangkok. Na stacjach kolejki jest czysto i przyjemnie. Kazdy wagon lsni czystoscia i jest klimatyzowany (byloby super gdyby u nas w Lodzi cos takiego powstalo…ale pewnie jeszcze troche). Wracajac do kolejki inna trasa, natraflismy z centrum na nawiedzenie jakiegos bostwa (?). Pomiedzy wielkimi centrami handlowymi (wybudowanych w amerykanskim stylu) na podescie ustawiony byl zloty bozek, wokol ktorego ustawily sie stoiska sprzedajace kwiaty, kadzidelka oraz pamiatki z podobizna bostwa. Za pomnikiem staly tancerki ubrane w odswietne kolorowe stroje. Sa to specjalne tancerki, wykonujace taniec dziekczynny przed obiektem czczci w imieniu osoby, ktora je oplaca. Wygladalo to tak, ze kolejno pojedynczo lub w parach podchodzili ludzie do pana ktory ” kierowal ruchem”, zostawialy jakas oplate, po czym klekaly na wyznaczonym miejscu przed tancerkami. Wraz z poczatkiem tanca, osoby kleczace zaczynaly swoja modlitwe az do zakonczenia tego tanecznego dziekczynienia. Ciekawe, tymbardziej ze pomiedzy szklano metalowymi skyscraperemi.
Na Khao San powrocilismy naszym ulubionym srodkiem transportu, czyli Express Boat.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: